Jak to zwykle przed wzięciem dnia wolnego bywa, służbowe sprawy nie cierpiące zwłoki należało zamknąć przed wyjściem z biura. Trudno jednak znaleźć takie, które zwłokę byłyby w stanie zaakceptować, więc siedziałem, siedziałem, siedziałem. Podziwiam cierpliwość mojego Anioła, ale ona tez nie miała lekko – lawina spraw nie cierpiących zwłoki jeszcze bardziej.

- Potrzebuję jeszcze piętnaście minut – powiedziała, kiedy zacząłem porządkować biurko.

- Ok, no problem.

- O której wyjeżdżasz?

- Pociąg mam o 21:45.

- No to dobrze, że spytałam – powiedziała, odkładając papiery. Było już dobrze po dwudziestej.

- Spoko, nie ten pociąg, to inny, a jak nie to samochód – odpowiedziałem spoglądając na zegarek.

Wyszliśmy parę minut potem.

Odwiozłem Anioła do domku, a kiedy przyjechałem do siebie, była już dziewiąta. Szybko przebrałem się w białą koszulę i garnitur, powiedziałem Tomkowi, że jadę do Szczecina i już mnie nie było. Po drodze uświadomiłem sobie, że nie zabrałem ładowarek ani do laptopa, a ni do telefonów. Trudno, za późno, żeby wracać.

Zostawiłem samochód przed parkingiem na dworcu, kupiłem bilet i wkrótce wysyłałem sms-a do Anioła, że zdążyłem

Wyjąłem z kilka wydrukowanych, zaległych e-maili i dokończyłem to, na co w biurze nie starczyło już czasu. Po północy jednak zmorzył mnie sen.

Kiedyś istniało nocne połaczenie kolejowe pomiędzy Gdańskiem, a  Szczecinem, lecz PKP uznało, że się nie opłaca. Teraz pociąg odjeżdża około osiemnastej (kiedy ja dopiero kończe pracę), a następny o szóstej rano. Za późno, bym zdążył na pogrzeb. Pojechałem więc z przesiadką w Poznaniu.

Około dziesiątej pojawiłem się przed bramą główną cmentarza. Klasowe towarzystwo właśnie zaczynało się schodzić. Pierwsze tematy wiadome – choroba Marioli. Ponoć bardzo długo zachowywała optymizm i pogodę ducha. Jeszcze na kilka tygodni przed śmiercią wspominała, że swoje pięćdziesiąte urodziny chciałaby spędzić w Paryżu. Dziś, w dniu swojego pogrzebu, obchodziłaby urodziny czterdzieste dziewiąte…

Całą grupą poszliśmy w kierunku kaplicy. Jak na dość liczną klasę, nie było nas dużo – raptem jedenaście osób.

- Jadzia w Kanadzie, Lilka w Rzymie, Witek w Niemczech, Marzena w Niemczech… – wyliczał Jarek i brzmaiło to trochę jak „Co się stało z naszą klasą” Kaczmarskiego. Tym niemniej trochę osób w Szczecinie jeszcze zostało i szkoda, że nie przyszli.

W kaplicy, w centralnym punkcie urna z prochami Marioli oraz jej zdjęcie obok. Organowa muzyka w połaczeniu z pięknym, pełnym smutku lecz i kojącym śpiewem solistki budowały nastrój. Dobrze, że ksiądz nie wychodził zbyt szybko. Na Cmentarzu Centralnym, gdzie pogrzeby odbywają się co pół godziny nie sposób oprzec się wrażeniu, ze to jakaś niemalże taśmowa produkcja. Dłuższa niż zwykle cisza, w której mieszały się dokładnie tyle, ile było trzeba, organy i ów solowy śpiew, pozowliły wyciszyć się i skupić. Niektore koleżanki wycierają łzy…

Liturgia odprawiana przez ksiedza oraz jego krótkie kazanie bardzo stonowane i odwołujące się do najprostszych uczuć. A potem panowie podnoszą urnę i niosa wraz z krzyżem i kwiatami do karawanu. Szczeciński cmentarz jest ogromny i nie ma czasu, żeby maszerowały kolejne procesje. Karawan ze zmarłym na czele, potem samochód z księdzem, potem autokar z gośćmi, a orszak zamykają prywatne samochody.

Wsiadamy do autobusu.

Jarek, Grzegorz i ja na ostatnich siedzeniach z tyłu.

- Jak na wykopkach – zagaja Jarek i już wiemy co ma na myśli. Słynną aferę w klasie maturalnej, kiedy podczas jazdy kierowca spostrzegł, że na tylnych siedzeniach palą papierosy. Wychowawczyni bardzo się wtedy wkurzyła, a że nikt się nie przyznawał groziła rewizją bagaży. I to dopiero byłaby masakra, ponieważ zgodnie z umową niemal każdy wiózł ze sobą butelkę wina, które miało byc spożyte podczas nocnych imprez wykopkowego tygodnia…

Zza chmur wyjrzało słońce i wróciła znów złota, polska jesień – jakby specjalnie na tę jedną godzinę.

Urna wkrótce znika przysypana ziemią, a grób pokrywa się kwiatami. Ksiądz odjechał. Pora i na nas.

Za bramą cmentarza powracają przyziemne sprawy i wygłupy w stylu, że „szlak przetarty i teraz to już pójdzie szybko”. A kiedy próbowalismy umówić się na jakieś większe spotkanie, znów ktoś dorzucił że trzeba się spieszyć, zebyśmy wszyscy zdążyli….

Na wszelki wypadek idziemy do knajpy już teraz. Rozchodzimy się około trzynastej. Potem czytam o pilnych rozmaitych analizach do przesłania na Cypr i pochałania mnie pisanie. Kończę godzinę przed odjazdem pociągu do Gdańska. Wyrusza punktualnie, o 17:38 i o dwudziestej drugiej wysiadam w Gdyni.

Gdynia, 30.09.2010; 00:30 LT