Kiedy płynąłem statkiem przez północny Atlantyk, poza nielicznymi przypadkami gdy trasa wiodła gdzieś do Kanady, wybierałm trasę kombinowaną. Z Europy najpierw w kierunku Azorów, a dopiero tam robiliśmy zwrot na kurs wiodący do właściwego portu. Dawało to wysokie prawdopodobieństwo uniknięcia sztormów. Oczywiście pod warunkiem, że miało się odrobinę szczęścia, by uniknąć ich na trzydniowej trasie między Kanałem La Manche, a wspomnianym archipelagiem. Pamiętam pewne Boże Narodzenie, kiedy to wigilijną kolację jedliśmy niemal na stojąco, przytrzymując w rękach co się dało, a wyspę Graciosę zamiast po trzech dniach, ujrzeliśmy po prawie pięciu.

Tyle razy przepływałem w tamtej okolicy, lecz nigdy moja noga nie stanęła na żadnej z tych wysp.

Aż tu nagle, kiedy zastanawiałem się dokąd wybrać się w nadchodzący urlop (wypadający pod koniec czerwca – pisze te relację z miesięcznym opóźnieniem) i coraz bardziej skłaniałem się ku wypadowi do Maroka, mój Anioł rzucił pytanie

- Czy nie chciałbyś zobaczyc Azorów?

Azorów? Jasne! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Pewnie dlatego, ze to mało uczęszczany kierunek. Niewiele biur ma go w swojej ofercie, a powszechnie znane linie lotnicze, tez raczej omijają ten rejon.

Tymczasem last minute kusił ofertą siedmiu noclegów w czterogwiazdkowym hotelu z przelotem w obie strony za 360 euro od osoby. Była gdzies trzecia nad ranem, gdy podjęliśmy decyzję o wyjeździe. Zmęczeni i senni postanowilismy zabukowac ją juz po śniadaniu.

Tyle razy uczono mnie, by nie odkładac niczego na później, ale moja odporność na dobre rady jest czasem zadziwiająca. Kiedy rano otworzyłem komputer, ta oferta była już sprzedana. Była inna, o sto euro droższa, ale i tak znacznie taniej od standardowych cen rzędu 700-800 euro. Zdecydowalismy się na nią. Jeszcze tylko trzeba było przekonać szefa, że firma się nie zawali jeśli przesuniemy planowany urlop o trzy dni (bo to nowe last minute dotyczyło późniejszego wylotu), co niekoniecznie musiało być łatwe i przyjemne, ale po kilkuminutowych tłumaczeniach i przyjęciu pokornie do wiadomości zarzutów, że rozwalam zaplanowany misternie schedule, zgodę otrzymaliśmy i można było rozpocząć przygotowania.

Przyjemność takiego podróżowania wynikała także z tego, że nie jechaliśmy na żaden zorganizowany  turnus wczasowy. Uniknęlismy więc tłumów na lotnisku i oczekiwania w kolejce przy okienku biura podróży. Kupowaliśmy przez internet pakiet noclegów z przelotami, więc zgłaszaliśmy się po prostu do odprawy na podróż do Ponta Delgada rejsowym samolotem linii Sata, a potem sami mielismy dojechac do hotelu Vale do Navio w Capelas na północnym brzegu wyspy Sao Miguel (tam gdzie znacznik, na poniższej mapce).

Zawczasu dokupiliśmy też do pakietu wypożyczenie samochodu (35 euro za dzień), dzięki czemu bylismy zupełnie niezależni i mogliśmy przemieszczać się po wyspie dowolnie.

Trzeba było jeszcze dotrzec jakoś do Frankfurtu. Dolecieliśmy tam Lufthansą z Warszawy. Żeby jednak dostać się do stolicy na czas, ruszyliśmy w naszą podróż prosto z biura (Anioł co prawda miał wtedy już urlop, a ja po prostu przyszedem do pracy już spakowany na wieczorny wyjazd).

Większych przygód na trasie nie mieliśmy, jeśli nie liczyc faktu, że we Frankfurcie nie zgłosiliśmy się po odbiór bagaży na terminalu 1. Przyzwyczajenie, że zazwyczaj bahgaż odprawia się do portu przeznaczenia, a już prawei nigdy nie odbiera się go we Frankfurcie, wzięło górę.

Wysiedliśmy z kolejki wiozącej na terminal 2, odnaleźlismy punkt odpraw linii Sata i dopiero wtedy zorientowalismy się, ze nie mamy czego postawić na taśmę. Szczęsliwie czasu mielismy na tyle dużo, że mogliśmy spokojnie wócić po walizki.

Wkrótce wystartowaliśmy i rozpoczął się czterogodzinny lot.

Azory byc może dlatego nie przeżywają oblężenia wczasowiczów, że posiadają charakterystyczny mikroklimat wyrózniający się znacznym zachmurzeniem i częstymi opadami deszczu. To nie jesst miejsce dla poszukujących wyłącznie słońca. Kiedy więc dolatywaliśmy, należało najpierw przebić się przez grubą warstwę chmur, a potem moglismy juz podziwiać z góry długą i wąską, pokrytą wulkanami wyspę

Azory 21

Ciepło i wilgoć. To pierwsze wrażenia po opuszczeniu samolotu, kiedy  około wpół do szóstej po południu znaleźliśmy się na płycie lotniska.

Wypożyczyliśmy auto, toyotę yago (ten mały samochodzik był idealnym rozwiązaniem na wąziutkie uliczki tamtejszych miasteczek) i prosto z lotniska zrobiliśmy krótki rajd po Ponta Delgada. Potem zaś ruszyliśmy do Capelas.

Hotel odnaleźlismy szybko, ponieważ znajdował się na wzgórzu nieopodal głównej drogi. Widać go było z daleka.

Planowaliśmy wybrać sie wieczorem gdzieś na kolację, ale najpierw spontanicznie wypróbowalismy wygodę naszego łóżka. Kiedy się ocknęliśmy, za oknem panował już mrok, a zegar wskazywał wpół do jedenastej. Nie chciało mi się już nigdzie wychodzić. Przytuliłem się mocniej do mojej dziewczyny o włosach koloru lipcowej pszenicy i znówodleciałem do krainy Morfeusza.

Ranek wbrew wszelkim statystycznym prognozom obudzil nas przepięknym słońcem na bezchmurnym niebie. Anioł wymsknął się z pościeli by wybiec na balkon nacieszyć się pogodą i widokami. Wywołało to entuzjazm w znajdującej się naprzeciwko szkole, bo choć hotel zbudowany pył tak, iż każdy z balkonów zapewniał mieszkańcom prywatność i chronił przed ewentualnymi wścibskimi spojrzeniami sąsiadów, to jednak wystawione one były niczym galeria na widok uczniów hasających po boisku w owej szkole po drugiej stronie ulicy. Od tej pory pamiętaliśmy, żeby wychdząc na balkon, przysłonić to i owo chociaż przysłowiowym listkiem. Niech się dziatwa skupia nad podręcznikami.

Po śniadaniu pojechaliśmy w dół, w kierunku morza.

Każdy z niewielkich domków posiadał wizerunek jakiegoś świętego. Malowane były one na ceramicznych kafelkach i umieszczane zazwyczaj gdzies nad drzwiami.

Azory 24

Na podobnych płytkach umiesczano nazwy ulic.

Azory 23

Zachwyty detalami architektury szybko jednak ustąpiły miejsca uniesieniu wywołanym krajobrazami. Urwiste brzegi, skały sterczące z granatowego oceanu, który wokół nich przybierał białą barwę pienistej kipieli.

Azory 22

Aż chciało się od razu zostać na dole i odpuścić sobie dalsze zwiedzanie, ciesząc się kapielą  w oceanie.

Azory 40

Zachowalismy jednak zimną krew, podejrzewając iż w innych miejscach będzie co najmniej tak fajnie, jesli nie piękniej, a póki co, pojechaliśmy zobaczyć plantację ananasów. Nigdy nie widziałem jak wygladają te rośliny, a w Europie szczególnie trudno było liczyć na ich obejrzenie.

Pojechaliśmy do Faja de Baixo, gdzie mieściła się jedna z plantacji. Jak się okazuje, wszystkie uprawiane są w szklarniach, które przypominają sauny, a raczej łaźnie tureckie, zważywszys na panującą wewnatrz wilgoć. Azorskie ananasy są troszeczkę mniejsze od chociażby tych sprowadzanych z tropikalnych obszarów Ameryki, ale w smaku (o czym przekonaliśmy się później) wyśmienite. Ten niesamowity zapach… A może wszystkie są takie, tylko teraz mieliśmy okazję zajadać owoce świeżo zerwane, a nie po tygodniach spędzonych w chłodni?

Azory 04

Zwiedzanie jest bezpłatne. Również bezpłatnie można skosztowac kieliszek ananasowego likieru. Właściciele odbijają to sobie sprzedając likier w butelkach, a oprócz niego mnóstwo innych pamiątek.

Przylecieliśmy na wyspę Sao Miguel 23 czerwca, więc trafiliśmy akurat na dzień Świętego Jana, przypadający nazajutrz. Dlatego planowaliśmy zobaczyć uroczystości organizowane z tej okazji w Vila Franca do Campo. Po zrobieniu zakupów w Ponta Delgada ruszylismy w tamtym kierunku

Azory 26

 Szczecin, 01.08.2010; 11:00 LT