Dawno temu, gdy oceany skutecznie odgradzały mnie od dziwactw atmosfery biura, czytywałem czasami komiksy z serii „Dilbert”.  Te kiluobrazkowe historyjki w krzywym zwierciadle przedstawiające biurowe życie wydawały mi się bardziej fantazją autora niż rzeczywistością.

Im dłużej jednak spędzam czas ślęcząc nad raportami, rozliczeniami, porównaniami, e-mailami, każdego dnia zasypiając w poczuciu niespełnionego obowiązku i każdego dnia wysłuchując od szefa, że „panowie, jak w ten sposób będziemy robić to lepiej od razu zamknijmy te firmę”, z coraz większym uznaniem patrzę na tę w zwięzły sposób portetowaną hydrę biurokracji. Biurokracji rozumianej dość szeroko – nie tylko jako mozolne wypełnianie rubryczek, lecz jako atmosfery panującej w biurach w ogóle. Pociesza mnie tylko myśl, że z owych historyjek wynika iż inni nie mają lepiej, a często wręcz gorzej.

Remont na stoczni to (przynajmniej w naszym wydaniu) wyzwanie przede wszystkim kondycyjne. Od śniadania do wieczora biega się po całym statku od komina po zenzy. Temu pokaż to, temu tamto. Ten chce wyjaśnić jakąś wątpliwość, a tamten pyta kiedy przyjdą części. Ten odkrył jakąś nową usterkę, a tamten informuje o cenie za remont która o dwieście procent przekacza granicę zdrowego rozsądku. Kiedy już  wreszcie wydaje się, że można siąść do raportów i człowiek chyłkiem przemyka bocznymi korytarzami, żeby nie natknąć się na czyhających w meeting roomie stoczniowców, pianie koguta obwieszcza kolejny telefon i konieczność omówienia następnej sprawy. Znienawidzę koguty, bo ustawiłem sobie dzwonek telefonu na ten dźwięk i „kukuryku” wydobywa się z mojej kieszeni bez przerwy. Znienawidzę też sakramentalnego „where are you?”, które rozpoczyna każdą rozmowę i oznacza, że jeśli ja nie podejdę do rozmówcy, to on przyjdzie do mnie. A przecież nie zawsze dobrze słychać w tych stalowych pudłach, a akurat w stoczni zasięg jest nienajlepszy. Pamietam, że kiedyś kilka razy rozłączało moją rozmowę z szefem.

W tym kociokwiku często trudno znaleźć czas by w spokoju pójść do toalety. Czy w takim przybytku powinno się odbierać telefony? Chyba nie, ale czasami poczucie obowiążku bierze górę. Kolejne „kukuryku” zastaje mnie więc na desce klozetowej. Znów dyrekcja dzwoni.

- Słucham.

- No, wreszcie pana dobrze słychać – z zadowoloniem oraz pewną nutką wyrzutu, że wcześniej było nie tak jak być powinno wita się dyrekcja – Gdzie pan jest?

Zażenowany niezręczną sytuacją wymyślam coś, ale chyba jestem mało przekonujący. Dyrekcja jest zbyt czujna by nie wyczuć nutki fałszu w moich zeznaniach, ale nie daje tego po sobie poznać. Ja zaś zastanawiam się nad niezbadanymi prawami fizyki, które sprawiają, że obudowana ze wszech stron ciasna klatka toalety zadziałała jak wzamacniacz sygnału, który na otwartym pokładzie był ledwie wyczuwalny.

Mam nad sobą oczywiście kilku szefów, ale z dwoma przyszło mi pracować teraz. Mój bezpośredni przełożony czuwa nad moją pracą z Polski. Z wizytą w stoczni zaś pojawił się szef nieco dalszy. Ot przejeżdżał w sprawach służbowych i postanowił skorzystać z okazji i nas odwiedzić. To wystarczyło by wyprowadzić mnie z równowagi ostatecznie. Szefowie ci bowiem mają dwie odmienne strategie zarządzania. Jeden preferuje oszczędność, oszczędność i jeszcze raz oszczędność. Właściwie ideałem stoczni dla niego byłaby tylko keja, przy której załoga mogłaby wszystko zrobić sama, najlepiej z odzyskanych gdzieś materiałów. Przyświeca mu życiowa zasada, że „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”. Drugi wierny jest ekonomicznej zasadzie, że tylko bogaci i niegospodarni mogą sobie pozowlić na kupno taniego badziewia. Jeśli chcesz do czegoś dojść, to kupuj rzadziej, ale z najwyższej półki. Moja praca, jak każdego podwładnego polega na stosowaniu się do wskazówek przełożonych.

Przed wyjazdem otrzymałem mnóstwo  instrukcji na temat scisłego przestrzegania budżetu. Żadnych fanaberii, pełna kontrola, a przede wszystkim konsultacje z dyrekcją, która co prawda, darzy mnie zaufaniem, ale woli sama sprawdzić najpierw. Żeby  było łatwiej Dyrekcja Oszczędna odwiedziła mnie na początku stoczni i udzieliła paru rad oraz wytknięć tam, gdzie jej zdaniem sięgałem do skarbonki zbyt mało roztropnie. Oszczędząłem, pilnowałem, ale pieniądze ciągle gdzieś uciekały. Stoczniowcy, cholera, nawet w Chinach nie chcą pracować za pół darmo.

I wtedy przybył będący akurat przejazdem w Szanghaju Dyrektor Rozrzutny. Obejrzał statek, potem specyfikację remontową i zapytał z wyrzutem:

- Dlaczego używacie takich tanich farb?

- Żeby oszczędzać.

- Oszczędzać na farbach? A za rok wyjdzie rdza! Natychmiast zmienić i kupić droższe!

- A podnośniki? Dlaczego tylko tyle remontujecie?

- I tak już za dużo na nie wydaliśmy.

- Jak to za dużo? Teraz, w Chinach, za dużo? Mein Gott! To za ile będziecie remontowac potem? Dawać do remontu wszystkie!

Aż tak osłabionego instynktu zachowawczego nie posiadam. Przeciez sam nie będę sobie zakładać pętli na szyję! Dyskretnie powiadowiłem Dyrektora Oszczędnego o planowanych akcjach.

- To my planowaliśmy budżet – odpowiedział – i my za niego odpowiadamy. Z Dyrektorym Rozrzutnym proszę nie wdawac się w dyskusje. Wysłuchać, ale robić swoje.

Żeby nie było wątpliwości kto tu rządzi, zadzwonił następnego dnia i zbeształ mnie okrutnie za to, że shipchandler ma zbyt duże ceny na materiały wyposażenia kabin, a w mojej specyfikacji remontowej te rzeczy zajmowały jego zdaniem zbyt wiele miejsca.

Nic dziwnego, że nazajutrz zdołowany przyszedłem na statek.

- To kiedy będziecie zakładać nawiewniki powietrza z klimatyzacji? – zapytał przy śniadaniu wizytujący nas dyrektor.

- Nie będziemy wcale. Dyrektor Oszczędny skreślił. Za drogo. Mówił, że kupi taniej w Castoramie.

- Mein Gott! Nie możecie nie zakładać. Jak teraz nie założycie to kiedy? W Chinach najtaniej.

- Ale ja nie będę się wykłócać! Też wiem, ze potrzebne, ale jak nie to nie! Chcę mieć odrobinę spokoju – odparłem wściekły.

Dtrektor Rozrzutny spojrzał na mnie z zatroskaną, ojcowską miną i po chwili namysłu rzekł:

- Czasem trzeba nadstawić karku. Taki ochrzan to przecież dla dobra kompanii. Wysłuchaj, nie dyskutuj i rób tak, żeby było dobrze dla kompanii.

Zgodnie ze wskazówką udzieloną przez Dyrektora Oszczędnego nie polemizowałem z tym stanowiskiem. Wziąłem je jednak sobie do serca i poczułem się zobligowany nie dyskutować zbytnio również z Dyrektorem Oszczędnym, lecz po prostu działać.

Przez moment poczułem się nieco zagubiony i otumaniony. To co ja wkońcu mam robić? Zastanowiłem się głebiej i nagle wielkie słońce zaświeciło mi nad głową. Wolność! Moge robić to co chcę i nie będzie to juz błędem. Nadstawię kark, ale to przeciez dla dobra kompanii

Spojrzał na ogromną twarz. Zajęło mu czterdzieści lat, nim odkrył, jaki to uśmiech kryje się pod czarnym wąsem. Och, cóż za okrutna, niepotrzebna pomyłka! Och, cóż za upór i arogancja nie pozwalały mu się przytulić do miłującej piersi! Dwie pachnące dżinem łzy spłynęły mu wolno po policzkach. Ale wszystko już było dobrze, wreszcie było dobrze; walka się skończyła. Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata.

 

Jiangyin, 28.03.2010; 22:15 LT