Wyładunek zakończony. Jeszcze nieco ponad godzina i opuścimy Zhanjiang. Czeka nas cztery-pięć dni żeglugi do ujścia Jangcy.

Co za dzień na olimpiadzie w Vancouver! Justyna Kowalczyk w końcu zdobyła upragnione złoto. Musiałem wyjechać i nie oglądać, żeby mogło się ziścić J Ależ mi szkoda, że nie widziałem. To musiał być niezwykle emocjonujący finisz, skoro nasza biegaczka pokonała Norweżkę o zaledwie 0,3 sekundy. Tę Norweżkę, która wydawała się być na tych igrzyskach poza zasięgiem kogokolwiek. Jakby tego było mało, nasze panczenistki zdobyły brązowy medal w wyścigu drużynowym. Tego to już zupełnie nikt się nie spodziewał. Zwłaszcza, po słabiutkich występach naszej reprezentacji w tej dyscyplinie na początku igrzysk. Mam badzo limitowany dostęp do internetu, więc nawet nie pamiętam ich nazwisk. I podobnie jak ja, zapewne mało kto, poza fanami tego sportu je znał. Dziś pewnie są na ustach całej Polski i należę do garstki nielicznych, która nie wie co to za zawodniczki.

Sześć medali! Nawet trudno mówić tu o jakimś rekordzie. To po prostu zupełnie inny wymiar w porównaniu z dziesięcioleciami mizerii, podczas których Polska pełniła jedynie rolę statystów, a sukcesem było jakieś pojedyńcze, zabłąkane miejsce w pierwszej dziesiątce. A przecież było jeszcze kilka startów, gdzie do medalu było blisko, i kilka takich, które chociaż przyniosły rozczarowanie, to jednak dostarczyły emocji, ponieważ na medale liczyliśmy. Jeden z redaktórów „Trójki” powiedział pewengo dnia, że to niezwykłe, ponieważ niemal każdego dnia czekaliśmy na transmisje z zawodów, z większymi lub mniejszymi nadziejami na podium. Oczywiście daleko nam do tuzów zimowych sportów. Może też się zdarzyć, że po Adamie Małyszu i Justynie Kowalczyk znów zaczną się lata posuchy, ale jakoś mam nadzieję, że nie.

Kończy się olimpiada w Vancouver, która stała pod znakiem wielu uchybień organizacyjnych, ale która była wyjątkowa w historii polskiego sportu i oby stanowiła przełom w zimowych dyscyplinach uprawianych w naszym kraju.

Jeszcze nie zdążyłem się nacieszyć tymi sukcesami, gdy zauważyłem mail ostrzegający jeden z naszych statków przed tsunami wywołaną trzęsieniem ziemi o sile 8,8 w skali Richtera, które nawiedziło Chile. Jeszcze nie ucichły echa kataklizmu sprzed kilku tygodni na Haiti, a tu nowe nieszczęście. Mój Anioł przysłał mi kilka sms-ów z informacjami, z których wynika, że zniszczenia są ogromne.

Na szczęscie ofiar będzie zapewne mniej niz na Haiti. To zupełnie inny kraj, znacznie bardziej nowoczesny, lepiej przygotowany na nieszczęścia. Szczególnie po tragicznych doświadczeniach z ogromnego trzęsienia ziemi z 1962 roku, akurat wtedy gdy kraj ten szykował się do rozpoczecia na swoich stadionach mistrzostw świata w piłce nożnej. W Antofagaście widziałem kiedyś wielką tablicę z planem miasta i zaznaczonymi na nim rejonami bezpiecznymi, czyli takimi, które leżą na tyle wysoko, by móc schronic się przed nadciągającą falą tsunami. Z kolei w San Antonio, zaobserowałem taki znak wskazujący kierunek ucieczki.

Inne są budynki, inne procedury, inna służba zdrowia, finanse i rząd. Na Haiti wraz z trżęsieniem ziemi rząd i służby państwowe praktycznie przestały działać. W innej epoce prawdopodobnie upadłoby całe państwo. Dziś nikt nie wyciąga ręki by zagarnąć tę ziemię. Wysyła się pomoc humanitarną w nadziei, że może uda się podtrzymać gasnące państwo. Narazie jednak bliżej tam do totalnej anarchii i kolejnej humanitarnej katastrofy głodu i chorób w obliczu nadciągającej pory deszczowej.

Wierzę, że Chile podniesie się szybciej, ale kiedy na lotnisku w Hong Kongu przeczytałem nagłówek, że Portugalia może potrzebować nawet dziesięciu lat, by naprawić zniszczenia po niedawnym huraganie i kiedy przypomnę sobie jak powoli zabliźniają się rany Nowego Orleanu, uświadmiam sobie jak wciąż niewiele możemy wobec furii żywiołów.

Zhanjiang, 28.02.2010; 17:40 LT