Ten obszar, pomimo, że częściowo znajdujący się w administarcyjnych granicach miasta, przez długi czas był prawdziwą terra incognita. Przynajmniej dla przeciętnych mieszkańców.W apogeum mojego zainteresowania turystyką kajakową, kiedy to w każde wakacje wyruszaliśmy na inną trasę, szukaliśmy ich w rozmaitych zakątkach Polski i nawet do głowy nam nie przyszło by zastanowic się co mamy tuż pod nosem. Nie było map, przewodników, a graniczny charakter Odry pomimo iż była to „granica przyjaźni” z NRD,  niósł ze sobą liczne restrykcje.

Odkąd „odkryto” Międzyodrze i utworzono tam park krajobrazowy, udostepniając go turystom (stanice wodne, przystanie, mapy) zawsze chciałem zobaczyć go chociaż namiastkę, ale nigdy nie było czasu.

Kończą się kolejne wakacje i pomyślałem, że jeśli nie tej niedzieli, to znów chyba przyjdzie odłożyć to na kolejny rok. Nie chciałem czekać. Spakowałem walizki i wrzuciłem do bagażnika samochodu (żeby potem już nie wracać do domu przed wyjazdem do Gdyni) i pojechałem na kapielisko Dziewoklicz, na terenia którego znajduje się stanica wodna PTTK „Międzyodrze”.

Niedługo potem wodowałem już mój kajak.

W tym samym czasie wypływała niedzielna wycieczka organizowana przez PTTK. Mógłbym się zabrać z nimi, lecz nie miałem tyle czasu. Przepłynęłiśmy więc razem tylko początkowy odcinek.

  

Dawniej Odra na południe od Szczecina toczyła swe wody licznymi meandrami w szerokiej, torfowej dolinie. Niemcy, którzy przywiązywali dużą wagę do zagospodarowania naturalnych szlaków komunikacyjnych, nakładem wielkich środków „wyprostowali” i uregulowali dwa główne koryta: Odrę Wschodnią i Odrę Zachodnią usprawniając żegluge na tych szlakach. Kilkukilometrowy pas lądu pomiedzy nimi poprzecinano licznymi kanałami, rowami melioracyjnymi i zagospodarowano rolniczo. Jak wielka to była praca niech swiadczy fakt, że wykopano ich ponad sto kilometrów! Do tego oczywiście śluzy, jazy, przepompownie… Działo się to, jak podaje przewodnik, w latach 1906-1932. Niedługo potem wybuchła wojna, w wyniku której stalismy się nowymi gospodarzami tych ziem. Gospodarka powojenna polegała na… pozostawieniu wszystkiego samemu sobie. Jest to prawdę mówiąc przykre świadectwo naszego zacofania cywilizacyjnego, a nawet swoistego barbarzyństwa, że przez kilkadziesiąt powojennych lat doprowadzono do kompletnego zdewastowania i zdziczenia całej tej infrastuktury. Ciężko wystawiać fatalną cenzurkę samemu sobie, więc przewodnik ubiera to w eufemistyczną formułkę: „Po II Wojnie Światowej zaniechano gospodarki rolnej na Międzyodrzu, a także konserwacji śluz i kanałów. Przyczyniło się to do renaturalizacji terenu. Rozwój światowej cywilizacji w ostatnich kilkudziesięcioleciach doprowadził do wyjatkowego, niespotykanego wcześniej znaczenia rozmaitych ruchów ekologicznych. Dzięki temu, to czego powinniśmy się głęboko wstydzić, nagle obróciło się na naszą korzyść.  Wielki obszar stał się niedostępną enklawą, ostoją rozmaitych gatunków zwierząt i należało objąć go ochroną. Dzięki temu zamiast rolniczych polderów mamy unikalny park krajobrazowy. Warto jednak pamiętać dlaczego.

Nie miałem zbyt wiele czasu, więc ograniczyłem się do opłynięcia długiej na kilka kilometrów wyspy Kurowskie Łęgi. Oznaczało to, że większą część czasu spędzę na stosunkowo szerokich akwenach. Wietrzna pogoda nie umilała tego. Pierwszą połowę trasy, która wiodła skarajnie zachodnią odnogą, t.zw. Kanałem Kurowskim pokonywałem pod wiatr i pod prąd. Każde zaprzestanie wiosłowania, by n.p. zrobić jakieś zdjęcie natychmiast powodowało gwałtowny dryf kajaka w kiernku powrotnym. Ale jak tu nie pstrykać zdjęć ptakom w naturalnych plenerach, a nie gdzies przy betonowych nabrzeżach?

W końcu minąłem miejscowość Kurowo i dotarłem do południowego cypla Kurowskich Łęgów. Tam znalazłem dogodne miejsce do lądowania, więć zrobiłem krótki przystanek na rozprostowanie kości.

S

A potem znów ptaki. Na wodzie, na gałęziach, na czubkach drzew, krążące nad głową. Było ich mnóstwo – od bardzo pospolitych, po mniej, których nazw już nie znałem.

Droga powrotna, na północ, właściwą Odrą Zachodnią, razem z prądem i wiatrem nie wymagała prawie żadnego wysiłku. Właściwie, przy odrobinie cierpliwości możnaby zdać się wyłącznie na siły natury. Dryf bowiem był całkiem szybki. W końcu jednak dotarłem do wlotu do jednego z owych wspomnianych wcześniej kanałów. Nim to wpłynąłem na obszar, który zwykło się nazywać Szczecińską Amazonią. Rzeczywiście do złudzenia ją przypomina. Prawdziwa dżungla wokół, liczne wodorosty oraz plątanina cieków wodnych.

Tą samą drogą, czyli przez Śluzę Owczą wydostałem się z powrotem na Odrę Zachodnią. Oczywiście śluza była nieczynna, nieużywana zapewne od czasów wojny.

Nieco dalej zarośnięty, opuszczony równie dawno, budynek przepompowni.

Posuwając się na północ minąłem się z zestawem trzech barek i pchacza.

Zaraz potem zaś wpłynąłem na kolejny kanał, o nazwie Ustowski Rów.

Byl niemal całkowicie pokryty zielonymi glonami. Woda niemalże stojąca. Mógłbym przedostać się nim do Kanału Odyniec łączacego Odrę Zachodnią ze Wschodnią, lecz potem miałbym zbyt długą drogę powrotną, a czas niestety mnie ograniczał. Wróciłem więc znów tą samą drogą.

S

W takiej ciszy z daleka słyszałem narastający hałas i kiedy wychyliłem się na Odrę Zachodnią, spostrzegłem zbliżającą się od południa barkę

Zbliżałem się już do mostów zapewniających drogowy i kolejowy wjazd do Szczecina od południa. Nieopodal nich usytuowana jest stanica wodna.

Zanim do niej wpłynąłem, minął mnie jeszcze stateczek białej floty. Niemiecki. Wciaż nie mogę wyjść z podziwu, że im się opłaca, a nasza biała flota (szczątkowa) ledwo zipie.

Wysiadałem zadowolony. Ale chyba jeszcze bardziej niż z wycieczki, zadowolony byłem z przewodnika i mapy, które kupiłem w stanicy. Potencjalnych tras kajakowych w rejonie od Zalewu Szczecińskiego na pólnocy  po Widuchową (gdzie Odra rozdziela się na dwie odnogi) na południu jest tyle, że wystarczyłoby spokojnie na całe wakacje. Ja oczywiście tyle czasu nie mam, ale coś mi się zdaje, że na weekendowe wypady będę tu wracać.

Gdynia, 31.08.2009; 01:20 LT