W Jiangyin prawie nie widuję psów. Raz minąłem jakiegos pana z ratlerkiem na smyczy, a raz jakaś pani niosła pekińczyka na rękach. I to chyba wszystko. Natomiast koty towarzysza nam codziennie. Nie te domowe, rasowe, wypieszczone, lecz najprawdziwsze dachowce z krwi i kości.

Parkuję swój rower na zapleczu naszego hotelu i tam je spotykam. Dachowce to nie jest żadne wydumane określenie lecz stwierdzenie faktu. Jedno bowiem z naszych pierwszych okołohotelowych doświadczeń to był przelatujący kot tuż koło pleców jadącego przede mną kolegi.

Przelatujący kot (spadający? skaczący?) wylądował tuż obok koła jego roweru i zanim zdążyliśmy się zorientować co się dzieje, czmychnął za najbliższy narożnik domu. Odprowadzany wiązanką przekleństw kolegi, który jest psiarzem i kotów serdecznie nienawidzi. Zresztą do tej pory jest przekonany, że ów lądujący kot miał niecny zamiar skoczenia mu na plecy, ale źle obliczył trajektorię lotu. Ja go z błędu nie wyprowadzałem, a wręcz przeciwnie â?? utwierdzałem w przekonaniu, ze koty z daleka wyczuwają, kto ich nie lubi, czego najlepszym dowodem jest fakt, ze parkuję tu rower od ponad dwóch miesięcy i jeszcze jakoś żaden dachowiec nie wybrał mnie na lądowisko.

Rano, kiedy wyjeżdżam do pracy, podwórko jest puste. Futrzaki pewnie odsypiają nocne harce. Za to kiedy wracam, kręca się po okolicy wszystkie.

Rudy jest chyba przywódcą grupy. Jest najbardziej aktywny, sprawia wrażenie najsilniejszego i nigdy nie pozwoli podejść zbyt blisko do siebie. 

Inne nie są tak płochliwe, chociaż też niechętne zbyt bliskiemu kontaktowi z obcymi. Wylegują się, zachowując czujność. W tutejszej kociej mikro-populacji dominuje biały kolor futra.

Oczywiście biały jest on głównie z nazwy, ponieważ zwierzaki te są niesamowicie brudne. Od razu widać, że ich przeznaczeniem nie jest kanapa w pokoju. Najgorzej z nich wygląda pod tym względem właściciel (albo właścicielka) futra we wszystkich chyba dostępnych â??kocichâ?? kolorach. Drzewo genealogiczne tego osobnika musiało być wyjatkowo ciekawe.

Niestety, chyba jest on chory. Porusza się ospale, zawsze samotnie, gdzieś obok żyjącej tu grupy. Przypomina mi Grizabellę ze słynnego musicalu "Cats".

Grupa zaś, podobnie jak i koty, które obserwuję w okolicach biura w Sopocie, najbardziej uwielbia samochody i między samochodami na parkingu spotkać je najłatwiej.

Nieufne, pewniej czują się schowane pod autami i wtedy nawet pozwalają podejść bliżej.

Bez nich hotelowe podwórko byłoby szare i nudne.

Jiangyin, 27.06.2009, 05:30 LT