Przebywanie w większej grupie ludzi ma tę niedogodność, że trzeba iść na rozmaite kompromisy. Kiedy wreszcie po wielu zabiegach logistycznych uda się wykroić trochę czasu z dnia zajętego pracą od rana do wieczora, na ogół ogranicza sie to do wyjścia na kolację. Nie mam nic przeciwko kolacjom, ale gdy stają sie celm samym w sobie i jedynym, szkoda mi straconych możliwości zobaczenia czegoś więcej.

Na szczęście udało się niedawno wyskoczyć do chińskiej świątyni, o czym byc może jeszcze napiszę.

Dziś wyłamałem się ponieważ swoją poprzeczkę ewentualnego kompromisu ustawiłem dość wysoko. Wyjście o zmierzchu do miejskiego parku, gdzie jak zdążyłem swego czasu z daleka zauważyć, odbywają się (prawdopodobnie w weekendy) jakieś świetlne pokazy (pirotechnika, lasery albo jeszcze coś innego – z daleka widać było jedynie zmieniające się kolory). Oczekiwania co do sobotniego wieczoru rozminęły się, więc o wpół do siódmej wieczorem wsiadłem do taksówki sam. Było jeszcze widno, więc postanowiłem obejrzeć jakąś zabytkową bramę, którą widziałem (i sfotografowałem) dwa dni wcześniej, kiedy wracałem z pamiętnej eskapady po rower.

Pokazałem taksówkarzowi zdjęcie w telefonie komórkowym. Myślał, myslał, coś tam marotał, aż w końcu kiwnął głową, że wie o co chodzi. I zawiózł mnie. Nie tam gdzie chciałem, ale warto było, bo też okzałło fajnie. Trafiłem do parku (innego niż zamierzałem odwiedzić potem) w samym centrum miasta.

Na otoczonych ruchliwymi ulicami pełnymi wytwornych sklepów, jak duchy dawnych epok zajęci własnymi sprawami dawni mieszkańcy tej ziemi tworzą równoległą rzeczywistość.

Ci współczesni czytają o nich z rozłożonych na trawie marmurowych ksiąg.

Przygląda się im policjant, ale niezbyt groźny. Ot zwyczajny stróż porządku zajęty rozmową z kimś znajomym. To nie jest ten od prześladowania przeciętnych obywateli.

Ci zresztą najwyraźniej ciemiężenia nie dają po sobie poznać. Jak na całym swiecie, spacerują, bawią się, śmieją, obejmują, ściskają za rece, siedzą samotnie zamyśleni… Mogę przypuszczać, że cieszą się ze swojego życia. A zwyczaje i zabawy czasem zaskakują. Na skraju parku, na jednym z placów tarfiłem na… tańce.

 

Wprost na chodniku. Setki ludzi wirowały w takt muzyki serwowanej z głośników.

Na innym placu, po drugiej stronie ulicy dwójka młodziutkich konferansjerów prowadziła chyba jakąś imprezę promocyjną. Handel juz dawno wcisnął się wszedzie i reklamy oraz promocje stały się nieodłączną częscią  chińskiego życia.

Tego dnia jeszcze w kilku innych miejscach widziałem podobne imprezy. Od reklam mieszkań po samochody.

Chińczycy uwielbiają zabawy światłem i wodą. Podświetlane, ciekawie zaprojektowane fontanny oglądałem w wielu miastach. Tu, w Jaingyin też ich nie mogło zabraknąć

Ta, na sródmiejskim deptaku jest bardzo dynamiczna. Jej oświetlenie, wysokość oraz kształt strumieni, a nawet kierunek lotu wody zmieniają się co chwilę, przyciągając uwagę dorosłych i wzbudzając spontaniczne okrzyki zachwytu dzieciaków.

 

 

Jiangyin, 31.05.2009; 22:15 LT