Codziennie rano wyruszamy z hotelu na rowewrach w kierunku głównej bramy stoczni. Ze wszystkich stron zjeżdżają się zdążaający na tę samą godzinę. Ponieważ Chińczycy w ogóle nie przejmują się przepisami ruchu drogowego, na dużym placu przed bramą w ogromnej kakofonii klaksonów trwa przepychanka cięzarówek, samochodów osobowych, skuterów, rowerów i pieszych. Za bramą, cały ten potok, już uporządkowany, przemieszcza się wzdłuż głównej, stoczniowej ulicy w kierunku poszczególnych warsztatów oraz nabrzeży.

Dziarsko pedałujemy przy dźwiekach jakichś radosnych komentarzy nadawanych przez magafony, okraszanych marszową muzyką. Przypomina to jako żywo nasze lata pięćdziesiąte. Coraz mniej komunizmu w komunistycznych Chinach, lecz w tej dziedzinie trzyma sie krzepko.

Rowery zostawiamy na specjalnych parkingach usytuowanych w poblizu każdego z miejsc pracy.

Wczoraj wieczorem mój kolega wracał jednak do stoczniowego hotelu na piechotę. Po trzech tygodniach od zakupu rower został ukradziony. Nie pomogło zapinanie na łańcuchy. Wyróżniał się swoją świeżością i lakierem wśród straszliwego złomu pomazanego olejną farbą, jakim porusza się po stoczni większość pracowników. Taki nie mógł się długo uchować. Kradzież była niemal pewna i zastanawialiśmy się jedynie czy szczęśliwym zbiegiem okoliczności uda nam się dotrwać z naszymi bicyklami do końca statkowego remontu.. Bo gdzie jak gdzie, ale w stoczni szczególnie łatwo o narzędzia do pokonania tego typu zabezpieczeń.

Jiangyin, 28.04.2009; 06:30 LT