Z braku czasu zaniedbałem się ostatnio w pisaniu o filmach. A przecież chodziłem do kina i to na rzeczy, które zostały zauważone oraz docenione przez krytyków. W ciągu ostatnich sześciu tygodni obejrzałem cztery filmy. Wszystkie kandydowały do Oskara, bądź zdobyły tę statuetkę w rozmaitych kategoriach. Akurat podczas samej gali oskarowej płynąłem gdzieś statkiem, więc muszę się przyznać iż moja wiedza w tym zakresie jest tego roku bardzo ograniczona. Nie wiem dla kogo nominacje okazały się tylko pięknym snem, a kto rzeczywiście (jeśli w ogóle) zgarnął główną pulę.

Pierwszym z oskarowej czwórki był „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”.I nie powiem – oglądało się go z przyjemnością, ale też i zgodnie z tytułem bardziej jako ciekawostkę niż poważną opowieść. W zasadzie od początku znajomości pary głównych bohaterów: normalnej dziewczynki i jej rówiesnika o wyglądzie staruszka, którego ciało młodnialo z każdym rokiem, zastanawiałem się jedynie jak to się skończy, t.zn. jak  bedzie wyglądać ich życie gdy on u kresu swej drogi, fizycznie upodobni się do niemowlaka. Reszta była właściwe telenowelą. Sam Brad Pitt jako starzec był także ciekawostką. Majstersztyk charakteryzacji, ale czy wystarczający na Oskara? I czy w ogóle cały film wart był gradu nagród? Miałem wątpliwości.

Znacznie ciekawsza była „Droga do szczęścia” z obsadzoną w rolach głównych niezapomnianą parą z „Titanica”: Leonardo di Caprio i Kate Winslet. To była zupełnie inna jakość. Film był wstrząsający podobnie jak swego czasu nasz „Plac Zbawiciela” (który zresztą uważam za lepszy od owej amerykańskiej produkcji). Trudno przejść obojętnie obok tej historii o utraconych bezpowrotnie marzeniach, utopionych w szarzyźnie codziennej, małżeńskiej wegetacji. O sprzedaniu tych marzeń za awans w pracy, o ciągłym porównywaniu statusu swojego z sąsiadami i przyjaciółmi, o narzekaniu i zarazem akceptowaniu przewidywalnego aż do bólu, rutynowego rozkładu dnia, zaburzonego czasem przygodnym seksem z koleżanką z biura, albo z sąsiadem.

Kiedy uświadamiam sobie, że oprócz rozwodu, którego sam doświadczyłem kilka lat temu, obecnie obserwuję rozwody lub sytuacje właśnie do nich prowadzące wśród kilku par moich znajomych, myślę, że to bardzo aktualny film (pomimo, że osadzony w realiach lat pięćdziesiątych)

Na mnie największe wrażenie wywarł nie tragiczny finał, lecz secena po nim następująca. Sąsiedzi w ten sam słodki sposób przyjmujący, kolejne małżeństwo wprowadzające się do domku przy Revolutionary Road. Kompletne deja vu. Tylko twarze „nowych” bohaterów są inne. I wspólne małżonków postanowienie by o tamtych co tu wcześniej mieszkali już więcej nie rozmawiać. Po co budzić stare demony, ktore jeszcze gotowe zagnieździć się na dobre w ich domu? Po co pamiętac o starych przyjaciołach, skoro już wprowadzili się nowi? Keep smiling! Pokaż innym, że u ciebie all ok! To przecież tylko odrobina wysiłku, a życie i rywalizacja toczy się dalej.

A potem był „Lektor” – niezwykła opowieść o ludzkich kompleksach i związanych z nimi wyborach. W roli głównej znów Kate Winslet. To doskonały sezon tej aktorki. Film opowiada o przelotnym wydawałoby się zauroczeniu nastolatka dojrzałą kobietą, która wprowadza go w tajniki seksu. Zanim jednak do seksu dojdzie, ich randki upływają na… czytaniu książek. Młody kochanek czyta na głos słuchającej go z uwagą wybrance. Z czasem ich drogi się rozchodzą, aż on, student prawa trafia w ramach zajęć na toczący się właśnie proces nazistów, bo trzeba dodać, że akcja dzieje się w powojennych Niemczech. Na ławie oskarżonych wśród kilku innych kobiet jego była kochanka. Strażniczki w Auschwitz oskarżone między innymi za to, ze podczas ewakuacji obozu przed nadejściem frontu (słynny marsz śmierci) nie otworzyły zaryglowanych drzwi kościoła, w którym podczas postoju przetrzymywały więźniarki, a który zbombardowany właśnie plonął. Swą biernością skazały na straszliwą śmierć trzysta osób. Wszystkie oskarżone wypierają się swojego udziału, ale główna bohaterka potwierdza. Zresztą i tak zachowuje się raport dla SS z tamtego wydarzenia. Teraz wszystkie oskarżone grają przeciw tej jednej, która się przyznała. To ona dowodziła i to ona pisała raport! Sedzia zarządza porównanie charakterów pisma.

- Nie trzeba. – odpowiada ona – To ja pisałam.

Chłopak zwraca się do swojego profesora, że coś wie na jej temat. Coś, co może wpłynąć na bieg procesu.

- Jeżeli coś takiego wiesz, masz moralny obowiążek powiedzieć to sędziemu.

Nie powiedział. Nie upublicznił tajemnicy tej kobiety, że ona jest analfabetką. Byłe strażniczki zostają skazane na ponad cztery lata więzienia. Ona, jako twórczyni raportu i dowódca dostaje dożywocie.

Jak wiele jest w stanie poświęcić człowiek, by ukryć swoje kompleksy? Ale nie tylko o tym jest ten film. Ta kobieta bez wykształcenia była zupełnie zagubiona w życiu i kierowała się najprostszymi wyborami. Nie była w stanie pokierować rozsądnie swoim losem. Po wojnie rezygnuje z awansu i ucieka bo wydałoby się, że nie umie czytać. Z tego samego powodu podczas wojny rezygnuje z pracy w Siemensie i by się z czegoś utrzymać wstępuje do SS. Popełnia zbrodnię, ale nie potrafi jej zrozumieć. Nauczona, że musi wykonywać swoje obowiązki, wykonuje je. I najpierw doprowadza do śmierci tamtych kobiet, a potem (tego nie ma w filmie a jest w książce) podczas procesu nie rozumie toku myślenia swojego obrońcy, który pyta retorycznie: „nie otworzyła pani drzwi kościoła bo bała się, że te trzysta kobiet które się wydostaną zlinczują panią?”, odpowiadając, że nie, nie bała się, ale nie wypuściła ich bo nie mogła ponieważ miała za zadanie ich pilnować by nie uciekły.

W więzieniu nauczyła się czytać. Sama, na podstawie porównywania przesyłanych przez dawnego kochanka kaset zawierających nagrania tekstów książek z teksetm pisanym. Wykonała tytaniczną pracę, a po dwudziestu latach, mając być zwolniona, na jego pytanie, czy przez ten czas nauczyła się czegoś, odpowiedziała: „nauczyłam się czytać”. Dla niej to był ogromny sukces, a jednak umysł pozostał w okowach prostego, dosłownego rozumienia stawianych pytań. Stąd taka właśnie odpowiedź. Może dopiero potem uświadomiła sobie, że nie o taką naukę chodziło? Może tak jak skosztowanie jabłka z drzewa wiadomości przez Ewę i Adama przegnało ich z raju, tak i jej olśnienie sprawiło, że nie mogła już dłużej pozostać po tej stronie?

Ileż pytań i ilez interpretacji! Piękny film. Moim zdaniem zdecydowanie najlepszy z całej tej czwórki.

Powiedziawszy to, mogę już spokojnie wieszać psy na ostanim: „Slumdog – milioner z ulicy”. Ponoć zdobył osiem Oskarów. Jeśli to prawda, to chyba była to jedna z największych pomyłek Akademii. Już  wchodząc z Aniołem na salę, gdzie oprócz nas na seansie zasiadło… sześć osób (!) spodziewałem się złego. I rzeczywiście. No, może przesadzam. Może nie był to zły film, ale na Boga, nie oskarowy! Wyglądał jak reklamówka teleturnieju „Milionerzy” z wplecionymi migawkami biednych dzielnic indyjskich miast. Wszystko jasne i proste: dobrzy biedni kontra źli bogaci. Same czarne albo białe charaktery. I pełna przeszkód miłość, która w końcu pokonuje je wszystkie by młodzi mogli żyć długo i szczęśliwie. A w tle na peronie dworca tańczą tłumy statystów. Dobre na popołudniowy (bo przecież nie wieczorny) program telewizyjny w Boże Narodzenie. Może te Oskary to wynik mody na Bollywood? Kto za tym stoi, chciałoby się zapytać.

Zatoka Biskajska, 30.03.2009; 19:30 LT