Zhoushan to główna wyspa owego archipelagu leżącego nieco na południe od ujścia Jangcy. Brzmi dumnie, ale nie ma tu jakichś wielkich miejscowości, zwłaszcza jak na warunki chińskie. Nowoczesna architektura dotarła już i tutaj

Po nowoczesnych ulicach jeżdą jeszcze w najlepsze rowerowe riksze, na niewielkich odległościach konkurując z taksówkami.

Współczułem świniom, które mijały ową rikszę. Dla nich to zapewne ostatnia przejażdżka samochodem. Potem trafią w zmienionej postaci do jednego z takich przydrożnych barów, czegoś w stylu popularnego „Drive thru”. Nie zsiadając ze skutera można zamówić sobie coś ciepłego.

    

Na dłuższe przyglądanie się nie miałem juz czasu, bo czekał tramwaj wodny. Wyglądał dośc porządnie i nawet duży ciekłokrystaliczny telewizor umilał pasażerom życie. Mi jak zwykle nie umilało ich charakterystyczne „charchanie”. Przy siedzeniach w korytarzu porozstawiane były jednak gustowne puszki z błyszczącej stali nierdzewnej, do których towarzystwo chętnie i obficie spluwało.

Kiedy po przyjeździe na miejsce siegnąłem po swoją torbę komputerową, palce trafiły na coś śliskiego. Spojrzałem i żółądek niemal wywrócił mi się na lewą stronę. Ktoś nie trafił do puszki i solidnej wielkości flegma wylądowała na mojej torbie. W niej tkwiły teraz moje palce.Wyszedłem na keję i tam wycierając torbę czym się da, spotkałem agenta, który miał odwieźć mnie do stoczni.

Tam, co było bardzo miłe, widząc, że zbliżam się do budynku wybiegł mi na spotkanie Yan. Yan nadzorował remonty poprzednich moich statków i chociaż ścieraliśmy się czasem ostro, to jednak nie było chyba tak źle. Przywitaliśmy się serdecznie, bardziej jako dobrzy znajomi niż pracownicy kooperujących firm. Yan przydzielił mi biuro, w którym potem siedliśmy pogadać, a następnie zaprosił mnie na lunch w stoczniowej kantynie. Potem pożegnaliśmy się, a ja poszedłem załawiać sobie chiński telefon.

Takie to wszystko teraz proste: idziesz do sklepu, kupujesz i dzwonisz. Ostatnio w USA kupowałem telefon wśród regałów supermarketu. W szczelnie zamkniętej plastikowej zgrzewce znajdował się aparat telefoniczny i karta sim, która po przyjściu do domu samodzielnie się uaktywniało. W Chinach równie. Za 300 yuanów (około 120 złotych) kupiłem dość prostą Nokię bez sim locka, a nastepnie za 100 yuanów kartę sim i już mogłem rozmawiać. Instrukcja obsługi była co prawda po chińsku, ale z podstawowymi funkcjami nie ma przecież problemu. Najważniejsze, że pani w punkcie oobsługi klienta przestawiła mi język wyświetlacza z chińskiego na angielski. Korzystając z chi ńskich znaków (czyli po prostu nachybił-trafił) móglbym nie trafić na taką opcję. Oczywiście, to, że ma ustawiony język angielski, nie oznacza, ze nie otrzymuję takich na przykład sms-ów:

Chciałem jeszcze doładować telefon większą ilością yuanów ponieważ wiem, że zazwyczaj konto wyczerpuje się w najmniej dogodnym momencie. Chciałem jakoś odwlec te chwilę. Ale jak? Panie w punkcie obsługi klienta znają po angielsku tylko kilka słów. Chciałem przede wszystkim dowiedzieć się ile minut będę mógł rozmawiać na kupioną dopiero co kartę.

-         How many minutes can I talk at present with this card?Pani spojrzała na mnie jak na kosmitę i pokręciła głową na znak, ze nie rozumie. Przystawiając telefon do ucha pokazałem na migi, że pytam o długość rozmów.

- 100 yuans! – odpowiedziała radośnie pani – Hundred yuans! – powtórzyła.Nie dałem za wygraną. Poszerzyłem mój język migowy o zegarek. Pokazałem na niego, a potem na telefon, pytając jeszcze raz:

- How much time can I talk?

- A, time! – załapała wreszcie pani.

- Yes, time! – odpowiedziałem.

Pani wzięła mój telefon i ustawiła na zegarze właściwą godzinę. Nie chciałem jej robić przykrości, więc udałem, że o to właśnie mi chodziło i z uśmiechem na ustach pożegnalem się.

W pobliskim sklepie papierniczym kupiłem biurowe przybory. Zapłaciłem 32 yuany i poprosiłem o rachunek do rozliczenia. Dostałem taki

Ciekawe jak do takich rachunków na codzień podchodzi nasza księgowość oraz przełożeni kontrolujący zasadność zakupów. Właściwie to muszą wierzyć na słowo.

Po południu spotkałem się z szefami działów odpowiedzialnymi za poszczególne prace, a następnego dnia popłynąłem motorówka na statek, który z powodu braku miejsca przy kei wciąż stał na redzie.

Pogoda nie była najlepsza. Tam przecież też już jesień, chociaż na razie cieplejsza niż u nas. Na statku omówilismy sprawy remontowe, a po kolacji wróciłem na ląd.

Stocznia po zmierzchu wygląda imponująco. Ilość doków, suwnic, prowadzonych prac może przyprawić o zawrót głowy. A dowiedziałem się, że jest ona jedną z dwustu stoczni znajdujących się w rejonie ujścia rzeki Jangcy. Tylko na Wyspie Liuheng jest ich pięć. To może swiadczyc o skali konkurencji z jaką borykac się muszą europejskie stocznie, w tym nasze trzy najbardziej znane, których losu właśnie się ważą. Za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat pewnie i Chińczycy zmierzą sie z podobnym problem kiedy setki tysięcy, albo i miliony ludzi zaczna protestowac przeciw zamykaniu ich zakładów, przegrywających z tańszymi usługami na przykład w Bangladeszu albo gdzieś w Afryce, która może kiedyś wreszcie sie przebudzi. Jestem pewien, że tak będzie. Już teraz ceny (i płace) w Chinach rosną. Wystrczy spojrzeć na rachunki jakie płaciliśmy za remonty w tej stoczni w 2007 roku iporównać z ofertą złożoną nam obecnie. Koszty samej robocizny prze rok wzrosły średnio o jakieś osiemdziesiąt procent. To nadal taniej niż gdzie indziej, ale juz nie tak bardzo. To już nie jest przysłowiowe „pół darmo”. Rok temu wymiana stali (płaci się od kilograma, a cena ta zwiera w sobie już w sobie robociznę) kosztowała dziesięciokotnie taniej niz w USA. Dzis już tyko sześciokrotnie.

 

Wyspa Liuheng, 31.10.2008, 05:45 LT