Ten weekend miał być odpoczynkiem od podróży i był. Co prawda telefony dzwoniły jak wściekłe, ale pewną dozę lenistwa udało się przemycić. Zwłaszcza w niedzielę, kiedy wreszcie mogłem snem niezakłóconym doczekać dzwonka budzika około dziesiątej rano. I nieważne, że potem zasiadłem na trzy godziny do kolejnych słuzbowych e-maili i raportów, bo po nich wróciłem do łóżka i nawet zdrzemnąłem się troche podczas oglądania wyscigu o Grand Prix Hiszpanii.

Pogoda była jednak na tyle piękna, ze wyszedłem na spacer na bulwar. Był pełen ludzi. Niemal każdy przynajmniej na chilę zatrzymałe wzrok na Sea Towers , które w stanie surowym już dawno osiagnęły żądaną wysokość, a teraz otoczone rusztowaniami są poddawane pracom wykończeniowym.

W sobotę wybrałem się na popołudniową wycieczkę na Oksywie. To bardzo mało znana mi część Gdyni. Zanim jednak tam dotarłem zatrzymałem się jeszcze w centrum, na Placu Kaszubskim, by obejrzeć słynną już Ławeczkę Kaszubów.

Przedstawia ona dwoje staruszków. Mężczyzna pokazuje palcem kamienicę stojącą po drugiej stronie ulicy. A ściślej coś na górze. Być może rozmawiają o pokoiku na górze?  Moznaby tak wnioskować po przeczytaniu napisu na kartce tkwiącej w kieszeni marynarki staruszka

Jakub Scheibe, zbudował ową kamienicę, a na prośbę żony, Elżbiety nadbudował jeszcze  pokoik na górze, żeby mogła obserować z niego wody Zatoki i wypatrywać powracającego z połowów męża. Kamienica, nienaturalnie wysoka przez ten zabieg, zyskała sobie w owych czasach miano „drapacza chmur”.

Sympatyczna para staruszków zapewne wspomina tamte dawne czasy.

Stamtąd pojechałem już prosto na Oksywie.

Kępa Oksywska była ponoć bardzo dawno temu oddzielona od lądu stałego. I od dawna było gęsto zaludniona, a nazwa tego miejsca nie zmieniła się mocno przez wieki przywoływana juz od średniowiecza jako Oxive, Oxivia, a od XVIII wielku Oxiwie. Parafia oksywska została założona krótko po chrystianizacji tych terenów. W 1253 roku biskup wolimir ustalił jej granice, w skład których wchodziły oprócz samej Kępy Oksywskiej także Gdynia, Witomin i Radłowo. Dopiero w 1913 roku została okrojona po powstaniu parafii w Chylonii.

Tego wszystkiego dowiedziałem się z tablicy informacyjnej ustawionej przy kościele p.w. Św. Michała Archanioła.

Kościół ten powstał w 1124 roku, ufundowany przez księcia Świętopełka. Z tamtej budowli zachował się tylko fragment zachodniej ściany. Przed nią ustawiono kamienny ołtarz, za którym podziwiać można pamiatkowe tablice poświęcone polskim okrętom zatopionym podczas II Wojny Światowej.

   

Te tablice to prawdziwa lekcja historii. Przewijają się tam nazwy okrętów pamiętane z podręczników podane w artystycznej formie.

     

Po obejrzeniu kościoła (przy okazji załapałem się na fragment mszy i ślub jakiejś młodej pary) poszedłem na spacer po okolicznych wzgórzach. I to była bardzo miła część wycieczki, bo już dawno nie miałem okazji chodzić spokojnie po lesie. Słońce świeciło intensywnie, więc i świeże, zielone liście pięknie były podświetlone.

A na koniec doszedłem do skraju wzgórza, za którym w dole rozpościerała się szeroka płaszczyzna portu.

Popatrzyłem, a potem ruszyłem z powrotem przez las. Auto czekało na jego skraju i wkrótce byłem już pod domem, by jajecznicą na pachnącym, wędzonym boczku zakończyć to miłe popołudnie i rozpocząć wieczór z Parkiem Jurajskim. Troche już zgrane, ale co Spielberg, to Spielberg.

Gdynia, 30.04.2008; 01:50 LT