Jest daleko za górami kraj odcięty od świata. Kraj przepięknej, surowej przyrody i miłujących pokój ludzi. Być może to bliskość nieba (jest to wszak najwyższa wyżyna świata) sprawia, że naród ten zamiast o wojnach i pieniądzach, myślał raczej o zacnym, poczciwym życiu. W pocie czoła, codziennym trudem w spokoju wykuwał swoją życiową drogę według wskazań Buddy.

Nie opiszą moje słowa tego, co powiedzą filmy. Szczególnie polecam „Siedem lat w Tybecie” i „Kundun – życie Dalajlamy”.

     

Naród ten miał pecha podobnego do Polski. Nas, jak opisywał w jednym z rysunków Andrzej Mleczko, Pan Bóg umiescił miedzy Rosją a Niemcami. Tybetańczycy mają nieszczęście graniczyć z Chinami.

   

Naród ten z pokorą znosi swój los. Nawet okupowany przez potężnego sąsiada nie zrywa się do walki, nie organizuje powstań. Mnisi ponoć prędzej dokonają samospalaenia niż podniosą dłoń na innego człowieka. Ich duchowy prywódca, Dalajlama, godzi się nawet na okupację, byleby tylko zagwarantowano im autonomię i nie niszczono rdzennej kultury.

Dalajlama żąda za wiele. Systemy totalitarne nie zwykły słuchać żądań maluczkich. Systemy totalitarne w ogóle nie lubią słuchać. Dlatego postanowiono spacyfikować Tybet. Jeszcze przed olimpiadą, bo przecież to tylko kwestia dni. Kiedy ma się potężną armię przeciwko garstce mnichów i cywilów, jest to jedynie kwestia odpowiedniej logistyki.

         

       

           

  

        

    

  

          

Przywyklismy do zła tego świata. Nasz kraj przeszedł gehennę powstań, wojen, okupacji i ograniczonej suwerenności. Nasz kraj patrzył na rzeź Hutu i Tutsi, na ludobójstwo w byłej Jugosławii, oglądał trumny naszych żołnierzy powracające z Iraku. Ile nazw geograficznych wywołuje jednoznaczne skojarzenia? Bejrut, Gaza, Darfur, Czeczenia, Kongo, Sarajewo. Czy Tybet jest w tym gronie czymś niezwykłym?

Sama pacyfikacja pewnie nie. Oglądaliśmy już bardziej przerażające sceny. Przeraża jednak nie tyle martyrologia tego narodu, co hipokryzja i cynizm świata, który wyciszając konflikty w rozmaitych zakątkach globu stara się nie zauważać tragedii tego ogromnego kraju.

Świat, który z taką determinacja wbrew Serbii i Rosji uznawał niepodległość maleńkiego Kosowa, teraz ostroznie lawiruje by nie drażnić Chin. Bo Chiny to pieniądze, kontrakty. Kogo poniosą szczytne idee, ten jutro wypadnie z ekonomicznej gry. To nic nowego. Kto chciał w 1939 roku umierać za Gdańsk? Kto ujął się za Czechosłowacją? Ktoś kiedyś powiedział, ze polityka to wielka k… Chyba niewiele się pomylił. Nie mam złudzeń, że Tybet zostanie sprzedany. O zbyt wielkie pieniądze toczy sie stawka, by narażać się na nieprzychylność Chin. Najlepszy przykład dał nam nasz premier, który najpierw ogłosił wszem i wobec, że z powodu prześladowań Tybetańczyków na ceremonię otwarcia igrzysk nie pojedzie, by następnego dnia tonować buńczuczne oświadczenie twierdząc, ze nie pojedzie, bo po prostu od początku nie miał takich planów. Tym niemniej dobre i to. Nawet jeśli pod pretekstem innych planów w Pekinie nie pojawiła się większość VIP-ów (bo, że żaden to nie uwierzę) sygnał byłby jasny.

Myślę jednak, że decydujący głos należeć będzie do przeciętnych obywateli globalnej wioski. Na naszym, polskim podwórku przekonaliśmy się o sile internetu po śmierci Jana Pawła II, kiedy to większość żałobnych uroczystości zwoływana była spontanicznie przez internet i sms-y. Siłę sieci pokazała też mobilizacja przed wyborami parlamentarnymi w 2007 roku. Podobne  doswiadczenia maja zapewne internauci w wielu innych krajach. A to juz jest siła. Wszak znicz olimpijski ma przemierzyć rekordową trasę. Jej większość odbędzie się poza terenami objętymi chińską jurysdykcją. Wystarczą pikiety na całej trasie, albo kontr-sztafeta z logo „Free Tibet” podążająca śladem tej właściwej. Jasne, ze tylko do granic Chin. Oczywiście może sie zdarzyć, że władze innych, suwerennych i demokratycznych państw pod pretekstem n.p. bezpieczeństwa zabronią biegu ulicami. Tak jak na przyklad zakneblowala usta swoim sportowcom Wielka Brytania. Nikt nikomu jednak nie zabroni biegu po chodniku, z respektem dla przepisów ruchu, w milczeniu i bez zbędnych manifestacji. A media i tak zrobią swoje. Taka manifestacja jest jak najbardziej do zorganizowania oddolnie przez przeciętnych ludzi, kontaktujących się w światowej sieci. Być może nic to nie zmieni, ale może byłoby jednym z kamyczków uruchamiających lawinę, która za lat czterdzieści albo siedemdziesiąt dałaby przynajmniej autonomię tej egzotycznej krainie.

Dobro i tak zwycięży. Dobrem został w Polsce pokonany komunizm i dobrem kiedyś tybetańscy mnisi wyprą z ojczyzny swoich prześladowców.


http://www.freetibet.pl/

Szczecin, 29.03.2008; 23:40 LT