Mało mam czasu ostatnio, więc blog siłą rzeczy na tym cierpi. Kilka słów jednak chciałbym napisać na gorąco w związku z niedawną katastrofą wojskowego samolotu CASA.

Oglądałem wieczorne wiadomości i nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Nagle wybuchła afera, że prezydent nie został poinformowany o katastrofie we własciwym czasie. Kilkanascie lub kilkadziesiąt minut opóźnienia sprawiło, że wyleciał do Chorwacji i dowiedział się o wszystkim dopiero po przylocie do Zagrzebia. Trwa dyskusja kto zawinił, kto niedopatrzył obowiązków, będą sprawdzane billingi…

Oczywiście chciałbym, zeby wszystko w naszym kraju odbywało się sprawnie, zeby wszytstkie służby kontaktowały się i współdziałały bez przeszkód, żeby politycy nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Tylko… czy ktoś z władz myśli jeszcze o uczuciach krewnych ofiar tej tragedii? Czy pamięta o szacunku należnym ofiarom?

Jeszcze nie rozwiał się na dobre dym nad wrakiem samolotu, kiedy znów rozgorzały swary kto ważniejszy, kto w pierwszej kolejności. Czy premier albo prezydent zwróci choć jedno ludzkie istnienie. Czasem odnoszę wrażenie, że taka obecność na miejscu tragedii wprowadza tam więcej zamieszania (bo przecież prezydenta albo premiera trzeba oprowadzić, zreferowac sytuację zapewnić mu bezpieczeństwo) niż pożytku. Byc może głowa państwa więcej by mogła zdziałać gdzieś w sztabie akcji niz na miejscu tragedii. Przyjmijmy jednak, że ludzkie uczucia i „ojcowska troska” każą takiemu politykowi być tam, by pokazac swoje zaintersowanie oraz solidarność w bólu. Czy jednak usprawiedliwione w końcu zagraniczną podróżą spóźnienie jest aż takim problemem, by wszczynać kłótnie nad ciałami niepogrzebanych jeszcze nieszczęśników?

Prawda jak zwykle pewnie leży gdzieś pośrodku. Prezydent, jak zwykle poczuł się obrażony i wygląda na to, że dla niego spóźniona obecność na zgliszczach była ważniejsza niż sam tragedia. Ale nie wierzę w idealnie czyste intencje ludzi z ministerstwa czyli z obozu premiera. Nawet jeśli nie opóźnili informacji celowo, to z pewnością nie rwali się do tego, by głowę państwa poinformować. Przepychanka przecież trwa i nie mają znaczenia okoliczności by raz jeszcze udowodnić kto ważniejszy, albo kto silniejszy.

Przykre, że walka o przyszłe procenty przy urnach toczy się nawet w tak porażających okolicznościach. Bliskim ofiar w jednej chwili zawalił się świat, postronni opłakują żołnierzy i współczują osieroconym rodzinnom, a tymczasem na górze trwa swoisty ranking kto więcej punktów zbije na tym wydarzeniu. Kto pokaże bardziej smutną twarz? Kto pierwszy przybędzie na miejsce? Kto zarządzi wiekszą celebrę (prezydent żałobę, a premier minutę ciszy w południe). Żeby nie daj Boże nie stracić tych wydrapanych pazurami kliku procent poparcia.

Hieny.

* * *

Piątkowy konkurs skoków w Zakopanem. Atmosfera powagi po tragicznym wypadku. Prezydent ogłosił żałobe narodową. Przypomina mi się zawalona hala targowa w Katowicach. Wtedy też konkurs skoków odbywał się w ciszy, bo towarzyszyła mu żałoba narodowa. Co za zbieg okoliczności….

* * *

Przeznaczenie. Mówi się, ze co komu pisane… Przypominam sobie te słowa gdy wspominana jest postać generała Andrzeja Andrzejewskiego. Ktoś, kto raz cudem uniknął śmierci w powietrzu tylko dzięki swojej brawurze, mógłby spodziewać się, ze niebezpieczeństwo, jeśli nadejdzie, to z innego kierunku. Tak mółby sugerować zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Z drugiej zaś strony, mówi się „nie kuś losu” i niejeden górnik, marynarz albo strażak odszedł z zawodu, kiedy Bóg podarował mu życie po raz drugi

* * *

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…

Szczecin, 27.01.2008; 02:05 LT