Monotonny krajobraz za oknami pociągu. Bardzo już jesiennie. Ołowiane niebo tak jak i wczoraj wbrew zapewnieniom synoptyków, że juz od sobotniego popołudnia zrobi sie słonecznie. W tak melancholijnych „okolicznościach przyrody” jadę do Gdyni.

Miało być tak pięknie. Oglądanie, zaraz po przyjeździe, siatkarskiego finału z udziałem „Złotek”. Oglądanie razem z Aniołem, co sprawiłoby, że te mnóstwo sportowych emocji okraszone zostałoby garscia niezwykle pięknych, kameralnych doznań natury czysto estetycznej.

„Złotka” jednak przegrały i ich mecz o brązowy medal wypadł akurat podczas mojej podróży. Jeszcze nie łączyłem się z internetem, więc nie wiem jak im poszło. Obawiam sie, że trauma utraconego, a bedącego już w zasięgu ręki złota odbije swoje piętno na ich psychice. Walka o brąz to już jest „tylko” finał pocieszenia. Chociaż wiele zespołów dziękowałoby niebiosom za taki wynik, to w przypadku tej drużyny spełnieniem marzeń nie był. Mogą nie wykrzesac już z siebie tej woli walki. Mam jednak cichą nadzieję, że odcięcie mnie od telewizora sprawi, iż wszystko wroci do normy i nasze siatkarki rozniosą (może już rozniosły) Rosję w pył.

Anioł się rozchorowal. Nie, nie z powodu przegranej siatkarek. Prawdopodobnie w pracy ktoś rozsiał trochę wrednych wirusów. A przed wrednymi wirusami nawet anioły nie są w stanie się obronić. Kuruje sie więc ten mój Anioł w domu i w tej chwili najważniejszy jest spokój i odpoczynek by przynajmniej jutro mógł rozwinąć skrzydla.

Wszystko wskazuje więc na to, że spędzę ów wieczór pod znakiem spokoju, oststnich dawek gripexu, by ostatecznie dobić bedącą w odwrocie moją infekcję i chyba wczesniejszym pójściem spać bo w pracy, już wiem, czeka na mnie mnóstwo dodatkowych spraw do załatwienia.

Wczoraj, jak zwykle w sobotę, poszedłem z tatą na cmentarz. Rozmawialiśmy o rozmaitych codziennych sprawach. Opowiadał o tych codziennych drobiazgach i o krotkich, telefonicznych rozmowach z mieszkającą w Warszawie siostrą. Z całego rodzeństwa juz tylko ich dwoje zostało. Samotnych, bo małżonków także pochowali. Zastanawiałem się podczas tej rzomowy nad jesienią ich życia. Szarą i monotonną. Myślałem jak niewiele już oczekują od losu. Nic wielkiego już nie planują. Taka niedzielna rozmowa telefoniczna urasta do rangi wielkiego wydarzenia. Będąc już blisko osiemdziesiątki, nie wsiada się tak po prostu do pociągu.

I podczas tego naszego spaceru wpadłem na pomysł.

- A może chciałbys ją odwiedzić?

- Jak? Przecież to daleko.

- E tam! To sprawa względna. Zafunduję Ci bilety lotnicze tam i z powrotem. Godzina lotu i bedziesz na miejscu.

Tato chwilę się zastanawiał.

- Może masz rację. Nie byłoby głupio… Zobaczymy po Nowym Roku.

- Nie ma co odkładać do Nowego Roku. Ciocia ma za parę tygodni imieniny. Polecisz na imieniny, pogadacie sobie do woli a następnego dnia wrócisz.

- Jak juz polecę, to zostałbym jeszcze jeden dzień.

- Wrócisz kiedy zechcesz. Ja tylko mówię, ze samolotem to nawet i w jeden dzień bez noclegu dałbyś radę.

Tato znów się zastanawiał.

- Polecę w piątek rano, a wrócę w niedzielę wieczornym samolotem.

Potem pomyślał jeszcze chwilę.

- Zrobię jej niespodziankę. Dopiero po wylądowaniu w Warszawie zadzwonię, że jadę z zyczeniami imieninowymi

Tato jeszcze kilkakrotnie wracał do tego pomysłu i juz planował z detalami całą podróż. Byłem lekko zszokowany, że tak bardzo go to ruszyło. Myslałem, że bedę musiał go przekonywać, a tymczasem watpliwości nie było w ogóle. Postanowiłem więc dołożyć mu wrażeń.

- Jeżeli juz rozmawiamy o podróżach, to może wpadłbyś na parę dni do Gdyni? Mieszkanie nie jest jeszcze całkiem urządzone, ale jest gdzie spać. Zobaczyłbyś jak mieszkam…

Tato jeszcze bardziej zapalił sie do wyjazdu.

- Chętnie. Nieraz o tym myślałem żeby pojechać.

I znów zaczęło się snucie planów co chciałby zobaczyć, dokąd sam by pojechał w Trójmiescie, kiedy będę w pracy.

Byłem zdumiony. Wyglądało tak jakbym po wielu, wielu latach trafił w dziesiątkę jego oczekiwań. Nie przypuszczałem, że te dwa wyjazdy będą dla niego tak wielką przyjemnośćią. Hm, po kimś przecież to zamiłowanie do rozmaitych podróży odziedziczyłem. Dziś, kiedy odwiedziłem go przed wyjazdem, wróciliśmy znów do planowania terminów. Warszawa już prawie zaklepana, a termin wyjazdu do Gdyni będzie zależeć od tego, jak długo ja będę tym razem w Polsce. Może w przyszłym roku zamiast tradycyjnego swetra, szalika czy innego mniej lub bardziej trafionego prezentu kupię mu na urodziny jakiś wyjazd do sanatorium albo coś w tym rodzaju? Ciekawy jestem czy będzie zainteresowany?

Sam jestem może nawet bardziej zadowolony niż on. Cieszę się, że mogłem trochę ubarwić jego obecne życie.

Gdzieś za Lęborkiem, 30.09.2007; 17:30 LT