I już po wszystkim. Trzy lata przygotowań, dyskusji, coraz większego niepokoju, aż po obawy o totalną kompromitację kiedy rozgrzebana ulica Jana z Kolna straszyła jescze w lipcu. Żaglowce odpłynęły i dziś można powiedzieć, że rezultat przeszedł najsmielsze oczekiwania. Dawno (jesli w ogóle) nie byłem tak dumny z mojego miasta jak podczas ostatnich kilku dni. Pełne pochwał wypowiedzi uczestników, wspaniałe widoki, luz i zabwa wokół rzeki i nie tylko. Aż żal było mi wyjeżdżać w niedzielny wieczór, w samym apogeum tej wielkiej imprezy.

Udało się prawie wszystko. W tym sprawy logistyczne, te najmniej wdzięczne, bo mało widowiskowe, a potrafiące zniweczyć wysiłek w innych dziedzinach. Na drogach wjazdowych do Szczecina stały wielkie drogowskazy kierujące odpowiednio zmotoryzowanych. Bezpłatne autobusy kursujące z parkingów na przedmieściach do centrum, dodatkowe linie tramwajowe, policja obecna na każdym większym skrzyżowaniu. Pomimo prawdziwego najazdu samochodów i absolutnego braku mozliwosci zaparkowania nie tylko nad Odrą lecz w całym centrum, korki nie sparaliżowały miasta. To ewenement na skalę europejską.

Było troche niedociągnięć, o których wiedzieliśmy głównie my, mieszkańcy. Pamiętam piewsze wizje sprzed trzech lat. Odrestaurowane nabrzeża, równe chodniki, promenada wzdłuż Odry od dworca PKP do dworca morskiego, odbudowany pomnik Sediny i wiele wiele innych. Niewiele z tych marzeń udało sie zrealizować. Raziło mnie klepisko pod Trasą Zamkową i prowizorka z desek na Łasztowni. Szybko jednak zdałem sobie sprawę z tego, że tak na prawdę nikt na to nie zwraca uwagi. Ważne były żaglowce, liczne sceny, bufety, lunaparkowe atrakcje i.t.d. Wieczorem wszystko tonęło w kolorowych swiatłach. Zadziałał podobny mechanizm jak nocnych klubach i pubach, gdzie gra swiateł, muzyka i rozbawione towarzystwo kreaują wspaniałą atmosferę, z której nic nie pozostaje nazajutrz o poranku, kiedy do pomieszczeń pozbawionych liftingu wkraczają sprzataczki. Trudno wtedy o bardziej przygnębiający widok. Klienci jednak nigdy tego nie widzą i pamietają jedynie szampańską zabawę. Podobnie, mam nadzieję, będzie i w tym przypadku. Setki tysięcy ludzi pojadą do domów zachowując w pamięci przepięknie położone, radosne i prężne organizacyjnie miasto.

Dla miasta finał owych regat może być punktem zwrotnym w jego najnowszej historii. Trudno o lepszy tytuł jak ten z Gazety Wyborczej: „Szczecin uwierzył w siebie”. Nie miało bowiem to miasto szczęścia do rządzących. Po 1989 roku, kiedy wszystko zaczęło byc możliwe do zrealizowania, brakowało wizji, odwagi, a lepsze lub gorsze pomysły na przyszłość ginęły wśród nie kończących się sporów. Jeżeli juz udało się przeforsować jakis projekt to inwestor okazywał się naciągaczem. Z czasem zaczął utrwalać się stereotyp myślenia, że w tym mieście, nazwanym przez byłego prezydenta „wiochą z tramwajami” nic poważnego udać sie nie może. Ta impreza obaliła, mam nadzieję, tę ocenę i byc może pobudzi mieszkańców i władzę do działania mierząc siły na zamiary. Pierwsze jaskółki juz widać. To chociażby projekt budynku filharmonii – może podobac sie lub nie, ale na pewno nie jest banalny. „Góra lodowa” ma szansę stać kiedy w 2013 żeglarze (głęboko w to wierzę) powrócą na zlot do Szczecina i niesamowicie podświetlona kusić turystów swoją urodą.

Dla mnie, mieszkańca tego miasta od czterdziestu kilku lat była to pierwsza w życiu okazja by postawić stope na Wyspie Grodzkiej. Położona u stóp Wałów Chrobrego, zarośnięta kusiła mnie nieznanym juz od czasów kiedy jako małe dziecko prowadzany bywałem na spacery nad Odrę. Prawdziwa Terra Incognita za sprawą mostu pontonowego uchyliła rąbka swej tajemnicy. A widoki na przeciwległy brzeg były przecudne. Mam nadzieję, że mieszkańcy nie pozwolą na ponowne zapomnienie tego zakątka. Pozostawienie go odłogiem na następne dziesięciolecia byłoby zbrodnia na organizmie miasta. Inwestycje nie muszą przyjść od razu. Na początek zamiast mostka wystarczyłby niewielki prom i kilka kafejek. Reszta przychodziłaby stopniowo.

I najważniejsze – żaglowce. Prezentowały się wspaniale z Wałami Chrobrego i Zamkiem Książąt Pomorskich w tle. Dawno (jeśli w ogóle) nie widziałem tak radosnej rzeki jak w niedzielny poranek. Było aż gęsto od drobnych jachtów, stateczków białej floty, motorówek, które uwijały się pomiędzy majestatycznymi jednostkami odpoczywającymi po trudach regat. Mam nadzieję, że władzom miasta starczy odwagi i wyobraźni by przyjąć miano „friendly port” i zwalniać z opłat portowych zawijające tu żaglowce. To może być samonapędzający się mechanizm. Zwłaszcza teraz, po sukcesie organizacyjnym i świeżych wspomnieniach, które właśnie na setce statków rozpłynęły się po świecie. Niech żeglarze wracają szybko, nie czekając na nstępny zlot.

Tak działa szeptana promocja. Głośny to szept. Kilka tysięcy ludzi pod żaglami, ponad milion na nabrzeżach i kilka milionów w internecie dowiedzialo się, że warto było przyjechać do Szczecina. I to jest ich sprawdzona, własna opinia. Nie przyniosłaby tego żadna kampania promocyjna w mediach. Teraz ważne jest by wysiłku i sukcesu nie zmarnować. Kuć żelazo póki gorące. Wierzę, że się uda.

Sopot, 08.08.2007; 14:00 LT