Taki scenariusz groził mi od początku i prawie się zrealizował. Kiedy na ósmego maja wylatywałem do USA mój obecny statek właśnie dopływał do stoczni w Chianch. Remont miał się zakończyć pod koniec maja. Potem większą część czerwca miałem spędzić w domu, by pod jego koniec przyjechać do Chin na kolejny statek. Kiedy jednak postęp prac był minimalny, zacząłem obawiać się, żeby nagle to się nie zazębuło, jak to juz miało miejsce w lutym i marcu, kiedy wyjechałem na trzy tygodnie, a wróciłem po dwóch miesiącach.

Dzień po dniu walczylismy ze stocznią o przyspieszenie prac, ale wyjazd ciagle sie opóźniał. W końcu uało się zakończyć 21 czerwca wieczorem. To był niemalże ostatni dzwonek na ewentualny powrót do kraju, bo drugi statek anonsował swój przyjazd na 27 czerwca, co oznaczało konieczność wylotu z Polski 26 czerwca. Ale trzeba było jeszcze rozliczyc się ze stocznią, czyli sprawdzić i zaakceptować rachunki, a z tym zawsze jest siedem światów.

22 czerwca rozpoczęliśmy rozmowy lecz przepaść pomiedzy wystawionym rachunkiem, a naszymi obliczeniami była, eufemistycznie mówiąc, znacząca. Mieliśmy w planach opuscic wyspe o dwudziestej, żeby zdążyć na poranny samolot do Pekinu, lecz do zbiżenia stanowisk droga była daleka. Odnosiłem wrażenie, że przedstawiciele stoczni grali na czas, licząc, ze  złamiemy się przed planowanym terminem odjazdu. Z braku porozumienia odwołaliśmy jednak wieczorny wyjazd. Siedzieliśmy do wpół do drugiej w nocy wskzując „błędy” przy wyliczeniach, które stocznia miała rozpatrzyc do dnia nastepnego.

Rano mój kolega poleciał słuzbowo do innego portu w Chinach, a ja zostałem sam. Ponieważ przepadł mi poranny lot do Pekinu, próbowałem połączenia przez Szanhghaj. Stamtąd tuz przed północą odlatywał samolot do Monachium. Żeby na niego zdążyć musiałem wieczorem wylecieć do Szanghaju z Ningbo, a żeby dostać się do Ningbo należało zdążyć na prom o 15:00 czyli opuścić stocznię o 14:30. To mi garantowało przyjazd do Szczecina w niedzielę około południa. Ostatni dzwonek, bo we wtorek powinienem ruszać z powrotem do Chin.

Niestety od rana nadal pat. Ja mówiłem swoje, a negocjator  po drugiej stronie stołu swoje. Ja twierdziłem, że pewne rzeczy są oczywiste, a on zaś, że nie. Wkurzało mnie to, bo znając ich politykę wpisywania na rachunek wartości z sufitu, skrupulatnie kontrolowałem i zapisywałem w swoim notesiku zuzyte materiały, wymiary rusztowań i.t.p. Wywoływało to śmiech stoczniwoców. I dlatego teraz nie mogłem odpuścić.

- To stocznia wystawia rachunki, a nie klient. A tymczasem Ty wydrukowałeś wszystko nam do akceptacji zamiast odwrotnie. – grzmiał ich negocjator.

- Wszystko sprawdzałem w obecnosci waszych przedstawicieli. A wydrukowałem Wam do akceptacji jak widać słusznie, bo nasze wyliczenia róznią się zasadniczo.

Dyskusja w tym stylu toczyła się do momentu kiedy przyjechał Agent, aby zabrać mnie na prom.

- Sorry, nie mogę jechać. Odwołuję podróż do Polski.

- Ale jak to? Już wszystko załatwione. Teraz odwoływać?

- Niestety tak. Nie doszliśmy do porozumienia i muszę tu zostać aż takie porpzumienie osiągniemy i podpiszemy.

Byłem wściekły. To była ostatnia możliwość powrotu do Polski choć na krótko. Wylatywac następnego dnia nie było już sensu, bo wracałbym na zaledwie 24 godziny.

- Proponuję zrobic teraz przerwę. Napiszę e-mail do mojej i Twojej dyrekcji z listą rozbieznośći i naszymi punktami widzenia. Terza niech oni włączą sie do gry.

- Ale nie polecisz do Polski!

- Trudno, nie polecę.

Byłem cały rozdygotany. Zależało mi na tym powrocie. Nie dość, że miałem pozałatwiac rozmaite sprawy urzędowe, to jeszcze kilka osób czekało na mój przyjazd. Wszystkim sprawiłbym przykrość. Wyjechałem na 2-3 tygodnie, a w czarnym scenariuszu mój pobyt za granicą mógłby sie rozciagnąć nawet do trzech miesięcy.

Pożegnałem stoczniowego negocjatora i zacząłem pisać e-mail. Po chwili jednak drzwi znów sie uchyliły.

- Słuchaj, ile możesz dołożyć? Jaki jest Twój margines?

- Nic. Jeśli bym zaakceptował wyższy pułap to znaczyłoby iz nie szanuję swojej pracy. Niepotrzebne byłyby te wszystkie kontrole i pomiary.

Wróciłem do pisania.

Kiedy byłem już prawie gotowy, negocjator pojawił się po raz kolejny.

- Słuchaj, po co pisać o tym wszystkim? Odpuść mi te dwie pozycje (tu pokazał na drobniejsze kwoty), a wtedy ja zgodzę się na całą resztę.

Myślałem, że nie wierzę własnym uszom. Godził się na oddanie nam prawie 90% spornej kwoty, jeżeli zgodzę się pokryć resztę.

- Na takie coś mogę sie zgodzić – starałem się odpowiedzieć najspokojniej jak tylko potrafiłem.

- W takim razie zdążysz jeszcze polecieć do Polski!

- Już nie. Prom właśnie odpływa.

Stoczniowy negocjator wyglądał na zafrasowanego.

- Dużo masz bagażu? Tylko te dwie walizki? Poczekaj…

Zadzwonił gdzieś.

- Słuchaj, załatwiłem motorówkę. Przewiezie cie na drugą stronę. Tam będzie czekac samochód. Musisz wyjechac za pol godziny, zeby zdazyc na samolot z Ningbo do Szanghaju.

- Swietnie. To drukuj szybko, żebyśmy mogli złożyc podpisy.

Koniec negocjacji. Uściski dłoni. Chińczyk i jego boss częstuja mnie papierosem. Nie palę, ale jestem tak roztrzęsiony zmieniającą sie sytuacją, że tym razem nie odmawiam. Wypalam, a w trakcie dzwonie do swojej dyrekcji. Potem zbieram ostatnie rzeczy do walizki, przebieram sie na podróż, podpisuję kwity i w drogę. Czuję jak uchodzi ze mnie powietrze. Niedospane ostatnie noce i stress w końcu dają znać o sobie. Ogarnia mnie senność. W drodze z przystani promowej do Ningbo przysypiam trochę.

A w Ningbo niespodzianka. O 19:20, kiedy mielismy juz startować, ale boarding wciąż się nie rozpoczynał, wywieszono informację, że lot zostaje zawieszony z powodu złej pogody, a informacje o rozpoczęciu boardingu pojawią się później.

Kurczę! Tyle nerwów i kiedy wydawało się, że już  jest ok, nagle wszystko rozbije się o złą pogodę! Do odlotu samolotu z Szanghaju pozostały trzy godziny. Godzine trzeba odliczyc na lot. Pogoda musiała się więc wyklarować w ciągu najbliższych dwóch godzin.

Wyklarowała się po trzydziestu minutach. Doleciałem do Szanghaju na czas. Dotarłem do Szczecina w niedzielę o jedenastej rano. W Polsce oczywiście na nic czasu nie miałem, bo oprócz swoich spraw, w poniedziałek i wtorek pracowałem w biurze w Sopocie. O tym zapewen napiszę następnym razem. A ten wpis wrzucam do bloga już z Chin, ponownie ze stoczni. Bo właśnie tu wrócilem i rozpoczynam kolejny remont.

Te ostatnie pięc dni to niemal jak sen, albo jak egzotyczna wycieczka w rodzinne strony. Na full speedzie, jak powiedział Mój Anioł.

Wyspa Liuheng, 28.06.2007