Nad stocznią Zhoushan znów powiewa polska flaga.

Niewiele więcej mogę powiedzieć. Od kilku dni chodzę zmordowany jak pies. Wycieczki po zbiornikach, koferdamach, bieganina by dopilnować wykonywanych remontów. Apogeum wypadło chyba trzy dni temu. Inspektor postanowił zobaczyć tego samego dnia wszystkie osiemnaście koferdamów.

- Chyba nie wie na co się porywa – skomentowałem kiedy usłyszałem jego plan.

- Nie da rady – odpowiedział kapitan – albo nie zrobicie dziś wszystkiego, albo przejrzy tylko po łebkach.

Dał radę.

Dwa metry po drabince w dół, potem trzy metry w bok, trzy metry drabinką pod górę, osiem metrów na czworaka w korytarzu wysokim na jakieś sześćdziesiąt centymetrów, potem piętnaście metrów w dół studni, dwanaście metrów przeciskania się po dnie między konstrukcjami, czasem na czworaka w stojącej w niektórych miejscach obrzydliwej breji, a potem ta sama droga z powrotem. I tak osiemnaście razy. Najbardziej obrzydliwa było dla mnie brodzenie w tej zupie, w której mieszac sie mogły oprócz wody resztki jakiś ładunków, zwyczajnych śmieci, jak i co tu dużo gadać, uryny, bo dokerom pracującym w ładowniach w rozmaitych portach zamiast szukać toalety, prościej nasikać do takiej studni. Chwilami zastanawiałem się czy to co robię warte jest jescze mojej pensji, lat studiów i kapitaństwa. Z czasem myślałem jednak coraz mniej i kiedy przed dwudziestą drugą umorusany jak nieboskie stworzenie wylazłem z inspektorem z osiemnastego koferdamu, pot zalewał mi oczy, a wszystkie pozostałe zmysły też były już mocno przytępione. Powiedziałem tylko „zrobiliśmy to” i przyssałem się najpierw do zimnego piwa, a potem do coca coli. Potem zaś wziałęm prysznic i po przyłożeniu głowy do poduszki odleciałem natychmiast.

W następne dni było już lepiej ale nie na tyle, żebym kiedykolwiek, chociażby rano , poczuł się wypoczęty.

Nie mam nawet czasu usiąść i spokojnie napisać coś na bloga. Zanim więc dorzucę do mojej szuflady coś konkretnego, mały konkurs: co przedstawia poniższe zdjęcie? Dla ułatwienia podam, że zrobiłem je kilka dni temu tutaj, na wyspie Liuheng.

Temu, kto zgadnie wyślę po powrocie do Polski specjalnie zakupione tutaj chińskie słodycze albo płytę CD z chińską muzyką – do wyboru. Nie wiem jakie to będą słodycze albo jaka muzyka, bo jeszcze nie miałem okazji pochodzić po tutejszych sklepach.

Aha – na ewentualne odpowiedzi czekam do wtorku, 5 czerwca.

Wyspa Liuheng, 31.05.2007; 21:10 LT