Kończy sie powoli bardzo długi dzień. Ale jak miło sie kończy! Własnie rozpocząłem korzystanie z położenia mojego nowego mieszkania. Półtorej godziny temu oddałem klucze włascicielce mojego dotychczasowego lokum. Wrzuciłem rzeczy do samochodu i tak rozpoczęło sie moje zamieszkiwanie na nowym miejscu. Zamieszkiwanie to chyba zbyt mocne słowo. Robotnicy nie zdążyli z remontem (umawialiśmy sie na koniec lipca) więc mój pobyt przypomina raczej wegetację J Podłoga jest tylko w jednym, malutkim pokoju, gdzie wrzuciłem wszystkie swoje rzeczy i między nimi piankowy materac. Od budowy, czyli reszty mieszkania oddziela mnie gustowan kotara z folii malarskiej. Za folia na razie jest gruz ze zburzonych scian, betonowa wylewka na podłodze, kable sterczące ze ściany, wyrwy po parapetach, przeraźliwie brudny kibelek (taki zostal po poprzednich właścicielach, a nowy czeka na instalację), przypruszona pyłem gipsowym wanna z hydromasażem (tez po poprzednich włascicielach, ale w tę w odróżnieniu od kibelka uda się doprowadzić do „błysku”.  W kuchni jest magazyn kafelków do łazienki i paneli na podłogę w drugim pokoju. Nie ma za to ani zlewozmywaka ani kuchenki. Są tylko gołe, nawet nie pomalowane ściany. Oczywiście w mieszkaniu nie znajduje się żaden mebel, więc w zasadzie mogę jedynie leżeć na materacu albo stać w oknie i podziwiać widok na Półwysep Helski. Moge też, tak jak teraz, wyjść na spacer na bulwar, usiąść  w tawernie, zamówić lody oraz kawę i słuchając na zywo szant siedzieć przed kompem i w tak pieknych okolicznościach przyrody pisac bloga. No, tutaj troszeczkę nakłamałem. Tawerna z szantami nie miała juz wolnych miejsc siedzących a trudno pisać bloga na stojąco z piwem w jednej rece, a kompem w drugiej. Usiadłem więc w knajpce obok, o swojsko brzmiacej nazwie „Flauta”. Nie mają tu szant, ale jest za to bardzo sympatyczna kelnerka J

A dzień był długi bo zmęczony w niedzielę, po wieczornym pożegnaniu z Tomkiem i Pauliną zrezygnowałem z nocnej podróży i nastawiłem budzik na trzecia nad ranem. To się nazywa wyczucie! Wkalkulowałem poranny korek w Gdyni i dotarłem do biura o 08:55 w sam raz żeby zdążyc zrobić kawę i pogrążony w lekturze e-maili powiedzieć zapracowany znad ekranu „dzień dobry” przychodzącej o czasie dyrekcji J Potem jednak taki śpik mnie dopadł, ze zamiast na lunch, pojechałem autem na pobliski parking, pusciłem klimę, radio, rozłożyłem fotel i oddałem się popołudniowej drzemce. Co za rozkosz! Teoretycznie to samo mógłbym zrobić na parkingu przed biurem, ale jakiś wewnętrzny głos mi szeptał, że nie byłoby to dobrze odebrane.

Ta drzemka uratowała moją dalszą biurową egzystencję dzisiejszego dnia bo wróciłem rześki jak… no własciwie to nie wiem jak co. Lipcowy poranek, a może skowronek o poranku? Nie, skowronki chyba nie moga byc rześkie. W każdym razie nie padałem juz nosem w klawiature i nawet udało mi sie rzucić ze dwa niezłe pomysły podczas słuzbowej burzy mózgów. A z biura po raz ostatni pojechałem stara trasą zabrać reszte rzeczy oraz oddać klucze, o czym napisałem na początku.

Fajny dzień i fajny koniec lipca. A teraz juz spać by rześkim z nowymi siłami ropcząć nowy miesiąc. No i zapamietać pierwszy sen na nowym mieszkaniu.

Gdynia, 31.07.2006; 22:45 LT