Dziwnie jakoś się zrobiło. Dzień mija i ani trochę piłki nożnej. Po niemal trzech tygodniach jej codziennej dawki.

W taki dzień można nadrobić kinowe zaległości (i blogowe też). Dziś wybór padł na „Posejdona”. Troche z nostalgii bo pierwowzoru czyli „Tragedii Posejdona” dotyczyło jedno z pierwszych moich wypracowań w ramach klasówek z języka polskiego w pierwszej klasie liceum. Ślizgałem się po filmach, audycjach radiowych (”60 minut na godzinę”) i rozmaitych innych furtkach łapiąc całkiem przyzwoite oceny, aż w końcu trafiła się taka klasówka, na której profesorka stanowczo zabroniła mi wybrać kolejny wolny temat. „Ja muszę sprawdzić także twoją wiedzę” powiedziała, a kilka dni później oddała arkusz papieru z nędzną trójczyną.

Pewnie nostalgia za licealnymi czasami, a troche też zawodowa ciekawość sprawiły, że na wizytę w kinie wybrałem właśnie ten seans. A przecież wszyscy wiedzą, że remake’i na ogół sie nie udają.

Niestety, Wolfgang Petersen, twórca m.in. „Okrętu”, stara prawdę potwierdził. Nie wiem, czy można zrobić film katastroficzny w sposób odbiegający od schematu. Pewnie tak, ale ktoś odkryje to zapewne za jakieś dwadzieścia lat. Mam na mysli kino amerykańskie, bo reżyserzy i producenci z innych krajów, o ile nie są zbyt mocno w Hollywood zapatrzeni, potrafia czasem zrobic coś oryginalnego. To jednak tylko niewielka nisza. Nie ma więc znaczenia czy rzecz dzieje się pod wodą, w samolocie, w tunelu czy w płonącym wieżowcu. Od lat schemat jest ten sam: kilka scen z życia głównych bohaterów, naświetlenie ich życiowych kłopotów, potem katastrofa i odkrycie dobrych cech owych ludzi, nawet heroizmu niektórych, przeciwstawione podłym uczynkom kanalii, które najczęściej zasilają szeregi nieboszczyków, bo przecież porządny film katastroficzny bez trupów obejść się nie może. W takich filmach grupa na ogół zgodnie współpracuje ze sobą, a los tak kieruje wypadkami, że każdy, nawet najgorszy fajtłapa w pewnych okolicznościach okazuje się niezastąpiony i ratuje pozostałych. Musi byc przeciez sprawiedliwie. Potem ci dobrzy na ogół zostają uratowani i żyją długo i szczęśliwie.

„Posejdon” nawet nie próbuje odejść od tego schematu. Jest więc niedoszły samobójca, który nagle odkrywa wartość życia, jest dziecko, którego wątłe rączki są w stanie dosięgnąć przez kratę niewielkich śrubek  i odkręcając je, w ostatniej (a jakże) chwili uratować resztę, jest podły, zadufany w sobie pijaczyna, który oczywiście zginie, ojciec poświęcający życie dla narzeczonego swej córki i.t.d. Spokojnie można wyjść w trakcie seansu do toalety (co raczący sie do bólu coca colą widzowie robili nader często) bo można spokojnie przewidzieć najbliższe kilka minut akcji. Na domiar złego twórcy filmu oczywiście nie powstrzymali się przed pokusą użycia komputerowo generowanych efektów specjalnych. I dobrze bo nie skorzystać z takich efektów w filmie tego typu to byłby grzech zaniechania. Tyle tylko, że albo oszczędzano na tym polu, albo specjaliści byli marni (a może jedno wynikało z drugiego?). Dawno bowiem nie widziałem tak marnie wykonanych zdjęć katastrofy. Moment uderzenia fali o statek wyglądał zupełnie nierealistycznie, a samo jej przejście i wywrócenie kadłuba ciagnęło się w nieskończoność.

Gwoździem do trumny były tłumaczenia, przy których nasi najwyraźniej posiłkowali się jakimś słowniczkiem terminologii jachtowej. Oczywiście są to już szczegóły, ale troszkę irytujące gdy komendę nakazującą wykonanie zwrotu statku „to starboard” tłumaczy się jako zwrot „na sterburtę” (co zapewne dziewięćdziesięciu procentom widzów nic nie mówi), podczas gdy oznacza to prozaiczny zwrot w prawo i tak się takie określenia tłumaczy w fachowym języku. Tak samo słowo „galley” może być kambuzem na jachcie albo kutrze, podczas gdy na wszelkich „normalnych” statkach oznacza najzwyczajniejszą kuchnię. Kambuz brzmiał jeszcze śmieszniej na tym ogromnym statku, gdzie kuchnia była prawdziwą fabryką, kombinatem.

Reasumując, „Posejdon” to typowy film na lato, coś lekkiego dla szukających rozrywki po plaży turystów. Nawet nie otrze się o chwałę „Titanica” i za rok z pewnościa nikt nie będzie pamiętać. No może poza świezo upieczonymi licealistami, którzy opiszą swoje wrażenia z kina na wrześniowej klasówce z języka polskiego.

Gdynia, 28.06.2006; 23:45 LT