A jednak nie zdążyłem. I to jak nie zdążyłem!

Po grubo ponad godzinie siedzenia na lotnisku, podczas której obserwowalismy jak panownie na podnośniku coś majstrowali przy ogonie (przy stateczniku chyba), poinformowano nas wkońcu, że z powodu awarii lot został całkowicie odwołany. Najbliższy lot do Rio odbędzie się z lotniska Congonhas, na które przewieźć miał nas specjalny autobus. Wcześniej mieliśmy zabrać bagaże.

Wystawiono nam nowe bilety, ale ja zabrać czego nie miałem, bo moja walizka zniknęła. Nie pojawiła sie na taśmie, czyli nie było jej w feralnym samolocie. Wszcząłem procedurę reklamacji.

- Teraz nie ma czasu! – krzyczała podekscytowana panienka. – Wsiadaj, bo odjedzie bez ciebie, a zaginięcie zgłosisz na tamtym lotnisku.

Zdążyłem na autobus w ostatniej chwili. Właśnie odjeżdżał, ale przedstawiciel linii lotniczych „Varig” widząc, ze biegnę zdążył go jeszcze zatrzymać.

Lotnisko Congonhas leży dokladnie po drugiej stronie Sao Paulo. Przejechać przez jedno z największych miast świata w godzinach popołudniowego szczytu to prawdziwe wyzwanie. Miałem czas by oglądać miasto, a szczególnie przedsiębiorczych sprzedawców ulicznych, którzy biegali miedzy autami oferując rozmaite, czesto dziwaczne jak na uliczna ofertę przedmioty. Podejrzewam, ze wiekszość pochodzi z kradzieży, n.p. z ograbionych kontenerów, no bo skąd wpaść na pomysł by akurat na ulicy, kierowcom i ich pasażerom oferować… globusy? Utknęliśmy w korku (globusa nikt nie kupił) i na ów samolot nie zdążylismy. Od tej pory Varig przestał zajmować się nami jako grupą podróżnych. Każdy załatwiał swoje loty we własnym zakresie. Mi wystawiono kolejny bilet do Rio na 17:10 czyli z realizacją natychmiastową. Przylot na lokalne lotnisko, po czym miałem się błyskawicznie przemieścic na lotnisko miedzynarodowe, z którego o 19:00 odlatywał samolot do Vitorii.

- Zdążę?

- Będzie taksówka.

- Na wasz koszt oczywiście?

- Tak.

- A co z moim bagażem? Chcę zgłosić zaginięcie.

- Nie teraz. Twój samolot zaraz odlatuje. Zgłosisz w Rio.

Potem koleżanaka pani z okienka przeprowadziła mnie szybką ścieżką do bramki, przy której stał mój samolot. Na lotnisku kłębiły się tłumy ludzi niczym na u nas na dworcach PKS w czasach komuny. Brazylijczycy oszaleli na punkcie długiego weekendu, mimo, że nie mają dodatkowego święta 3 maja, tak jak my.

Samolot przy bramce stał, a przed bramką kłebiła się jeszcze spora grupka ludzi. Okazało się, ze jak zwykle linie lotnicze sprzedały więcej biletów niż miejsc i teraz część pasażerów została na lodzie. Ja wśród nich. Było jeszcze siedem miejsc wolnych na nastepny samolot, o 18:10 i dzięki swojej karcie „Miles and More” załapałem się na jedno z owych miejsc. Wielu innych odeszło z kwitkiem.

Oczekiwanie upłynęło mi całkiem przyjemnie za sprawą niejakiej Deniree. Nie jestem pewien czy dobrze zapamiętałem pisownię jej imienia. Zapytała mnie o coś przy bramce, a potem jak to zwykle w podróżach padło standardowe pytanie „skąd jesteś?”.

-  Z Polski.

- Z Polski?! Ja byłam w Polsce tej zimy! Zwiedziłam Kraków, Warszawę, Oświęcim, ale nie udało mi się być w Wadowicach, a bardzo chciałam.

No i zaczęła się długa dyskusja o Polsce oraz o życiu w realnym komuniźmie, które bardzo ją interesowało. Przerwało ją dopiero wezwanie na pokład samolotu. Nawet nie zwróciliśmy uwagi, że samolot miał pół godziny opóźnienia.

W rękawie prowadzącym do drzwi zaczepił mnie jeden z pasażerów.

- Przepraszam, ale przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Ty pracujesz w shippingu?

- Tak.

- Ja też. Jestem inspektorem Det Norske Veritas.

- Taaak? – zapytałem zdumiony – A ja właśnie jadę na statek, na którym Det Norske Veritas ma robić coroczną inspekcję. Mam przy niej asystować w imieniu armatora.

- Tu jest moja wizytówka. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować, zadzwoń.

Dałem mu swoją. Byłe wciąż lekko zszokowany otwartoscią nieznanych mi ludzi.

Samolot wystartował o 18:40. Nie było szans na złapanie tego o 19:00.

Na lotnisku lokalnym mimo, że po czasie, wsadzili mnie do taksówki i kazali jechać na międzynarodowe. Podejrzewałem, ze głównie po to, aby kłopotem zajął się kto inny. Dojechałem tam grubo po dwudziestej.

- Nie ma juz wolnych miejsc na ostatni wieczorny lot – oznajmił pan w okienku Variga. – Sparwdzę jeszcze w innych liniach.

Poszedł sprawdzać.

- U innych tez nie ma. Możemy wpisać cię na listę rezerwową gdyby ktoś nie poleciał, albo zaproponować hotel i lot rano o 06:30.

Wybrałem hotel.

- A bagaż?

- O bagaż zapytaj w biurze reklamacji piętro niżej.

Poszedłem, pokazałem kwitek. Pan go zabrał, poszedł na zaplecze i… wrócił z moja walizką. Cieszyłem się jakbym wygrał w lotto. W ogóle nie liczyłem, ze ją jeszcze tego dnia zobaczę. Jaki to komfort mieć w co się przebrać po półtorej doby podróży!

Do hotelu dotarłem o 21:30. Zjadłem kolację, wziąłem prysznic, nastawiłem budzik na 04:20 i natychmiast zapadłem w głęboki sen.

Rano przygód już nie było. Po wylądowaniu w Vitorii czekały mnie jeszcze dwie godziny jazdy samochodem i w końcu dokładnie po dwóch dobach od wylotu z Gdańska znalazłem się na statku.

Uff!

Barra do Riacho; 29.04.2006, 12:00 LT