Urwałem się dziś z pracy wcześniej. O 17:20 opuściłem biuro i ruszyłem w drogę do Gdańska, by w księgarni PWN kupić obiecany Tomkowi podrecznik do jezyka angielskiego. Patrzyłem na przemian to na zegarek, to na przemierzane przeraźliwie powoli ulice. O 18:00 zamykali i kiedy straciłem już nadzieję ruch nieco się przerzedził. Znalazłem miejsce do parkowania niedaleko i biegiem ruszyłem w stronę Ratusza Staromiejskiego, gdzie sklep ma swoja siedzibę. Wbiegłem dwie minuty przed zamknięciem. Ależ się cieszyłem, że się udało. Prawie jakbym trafił kawałek kiełbasy za komuny J

O tak wczesnej porze aż nieprzyzwoicie byłoby wracać do domu. Zresztą codzienna wędrówka biuro-dom i przesiadywanie przed komputerem w tych dwóch miejscach trochę mnie już nuży. Postanowiłem posiedziec przed kompem gdzieś wśród ludzi. Chętniej posiedziałbym nad gazetą albo książką, lecz miałem zaległe maile do przeczytania (te, których nie zdążyłem przejrzeć w biurze) przy postanowieniu, że nie będę zajmować się pracą w domu. Pospacerowałem  więc najpierw po Długim Targu, nacieszyłem oczy bursztynami, a potem poszedłem na tosta, kawę i rogaliki z wiśniami. To była moja kolacja. Rozłożyłem też obok laptopa i dla spokoju sumienia nadrobiłem mailowe zaległości.

Potem, już w celach rozrywkowych założyłem blogowe kategorie. Szkoda mi bowiem było, że filmy giną gdzieś rozproszone  wśród wszystkich wpisów. Teraz bedę mógł łatwo wrócić pamięcią do tego co i kiedy oglądałem. Oczywiście trudno sortować teraz odległe w czasie wpisy. Nie ma na to czasu. Dla filmów zrobiłem wyjątek cofając się do 1 stycznia. W grudniu będę mieć więc łatwy przegląd całego roku.

Po dwudziestej wróciłem do domu i obejrzałem jeszcze prawie całą komedię „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”

A jutro piątek i znów trójkowa lista przebojów słuchana w aucie. Tym razem prawdopodobnie w strugach wiosennego deszczu.

Tyle u mnie, w skali mikro. A w tej makro nadal dominowała dziś sprawa odznaczenia generała Jaruzelskiego. Trwała goraca, polityczna dyskusja. Przed mikrofonami, w swietle reflektorów, na oczach całej Polski. Generał Jaruzelski order zwrócił. Zrobił to sam i wyszło na to, że miał więcej odwagi niż prezydent urzędujacy. Ten nabrał wody w usta, a jego współpracownicy poza szumem, że ktoś pana Kaczyńskiego oszukał i, że winnych należy surowo ukarać, nie robili nic. Najwyraźniej nie wiedzieli co zrobić: bo odebrać po wreczeniu jednak trochę głupio, a nie odebranie to sprzeniewierzenie się PiS-owskim pryncypiom. I w efekcie znów samobój, bo generał pokazał, że ma honor, podczas gdy druga strona do honorowych rozwiązań jeszce nie dojrzała.

Gdynia; 31.03.2006; 00:20 LT