Wszystkich Świętych coraz bliżej. Po przyjeździe do Szczecina i prowizorycznym odespaniu poprzednich dwóch nocy udalem się na cmentarz, żeby oczyścić i udekorować grób babci. Ludzi było mnóstwo. Z pewnością Cmentarz Centralny, bodajże trzeci pod względem wielkości w Europie, będzie najruchliwszym rejonem miasta w ciągu najbliższych dni.

Wcześniej jednak, o świcie pojechałem na dworzec autobusowy odebrać Paulinę. Fajnie nam się gadało przy wczesnym śniadaniu. Podobały mi się jej teksty, które mi zaprezentowała. Cieszę się, że złapała bakcyla pisania i, że jest w tym coraz lepsza.

Na wieczór przyzwoitość nakazała zwolnić chatę, bo młodzież zaplanowała imprezę halloweenową. Nie podoba mi się kompletnie obcy zwyczaj, sztucznie zaszczepiony na nasz grunt. O ile nie mam nic przeciwko Walentynkom (odpowiednika raczej u nas nie było) to akurat  Wszystkich Świętych jest wpisane w naszą tradycję jako czas pamięci o tych co odeszli, zadumy nad przemijaniem, wyciszenia. Jesienne mgły, opadające liście coraz krótsze dni wydają się idealnym okresem na takie właśnie przeżywanie. Zdaję sobie jednak sprawę, że każda okazja jest dobra aby spotkać się z przyjaciółmi, więc pominąłem słowo „halloween” milczeniem, a imprezę nie tylko zaakceptowałem, lecz nawet wspomogłem organizacyjnie J Najbardziej podobało mi się gdy gimnazjalistki zakasały w południe rękawy i zabrały się do sprzątania zakurzonego podczas moich długich nieobecności mieszkania. Gdy wróciłem z cmentarza lśniło czystością. Co prawda teraz, po północy, wygląda o wiele gorzej niż rano przed sprzątaniem, ale wierzę, że pobojowisko zostanie ogarnięte gdy towarzystwo zwlecze się rano z łóżek. Najpierw jednak muszą iść spać na co w najbliższym czasie się nie zanosi.

Jak już więc wyżej wspomniałem, przyzoitość nakazywała wynieść sie z domu przynajmniej na czas rozkręcania się imprezy. Mogłem więc bez pośpiechu pogrzebać wśród płyt w Empiku (przegonili mnie gdy zamykali o osiemnastej), a przede wszystkim pójść do kina, bo jakaś długa przerwa zrobił mi się ostatnio. Wybór padł na „Komornika”.

Andrzej Chyra w pierwszych scenach pokazał to, co znałem z ”Długu” i zanosiło się przez moment na kalkę tamtego filmu. Egzekucje majątku mogły przyprawiać o dreszcze. Wkrótce jednak pomyslałem, że tytułowy komornik czynił t.zw. zajęcia z nakazem sądowym. Nie miały one ani krzty humanizmu, współczucia dla ludzkich tragedii, lecz czy jakakolwiek zajmowanie majątku może być humanitarne. Nie tak dawno wspominałem o tym, że stare przedmioty posiadają duszę pisaną ich historią. Trauma kradzieży z mieszkań polega często nie tyle na stracie czysto finansowej, co okaleczeniu psychicznym związanym z utratą pamiątek. Podobnie bywa z zajęciem komorniczym. Z drugiej strony – reakcje ludzi nawiedzanych przez egzekutora również były dalekie nie tylko od przyzwoitości lecz także przestrzegania prawa. Przyczyny zadłużenia też w wielu przypadkach nie były wynikiem splotu złych okoliczności lecz świadomego łamania prawa. Bezduszny wykonawca wyroków sądowych był twardym idealistą uważającym, że prawo powinno byc przestrzegane rygorystycznie bez względu na to, kogo ono dotyczy. Z jednakowym zapałem wykańczał więc zarówno pospolitych naciągaczy i złodziejszków działających pod płaszczykiem biznesu, jak i ubogie rodziny, które wszystkie pieniądze przenaczały n.p. na leczenie ciężko chorej córki. Można się było zżymać na lodowate serce i brak ludzkich uczuć komornika, lecz czy sami nie powtarzamy na codzień, że stanowienie prawa to jedno, a egzekwowanie to drugie i z tym drugim jest w naszym kraju fatalnie? Jeśli ktoś był bezduszny to chyba raczej sąd, który rutynowym wyrokiem nie tylko pozbawiał znajdujacych się na życiowym zakręcie ludzi resztek majątku, lecz także obdzierał ich z godności.

Jak to zwykle w filmach bywa (w życu też, chociaż rzadziej), pod wpływem pewnej tragedii zły bohater ulega przemianie. Zaczyna traktować poszczególne przypadki indywidualnie, dostrzegać wymiar ludzkich tragedii. Za pieniądze pochodzące z próby przekupstwa próbuje naprawić wyrządzone krzywdy. Szybko jednak okazuje się, że wpada w pułapkę lokalnych układów „nie do ruszenia”. Oskarżony, odzyskuje wolność za poręczeniem skorumpowanej elity prowincji, stając się  ich zakładnikiem. Amerykański film w tym momencie dopiero by sie rozpoczynał, a walka jedynego sprawiedliwego przeciwko potężnym, rządzącym miasteczkiem układom stanowiłaby zasadniczą, pełną dramaturgii treść opowieści. Oczywiście zakończonej happy endem. Polska jednak to nie Ameryka i u nas happy endu jeszcze długo nie będzie. Film ma realne zakończenie i pewnie dlatego opuszcza się kino z wielkim żalem i goryczą w sercu. Nie z powodu złego scenariusza lecz otaczającej nas rzeczywistości. Dawno nie czułem takiej bezsiły wobec problemów naszej, polskiej, szarej codzienności jak przy pojawieniu się napisów końcowych „Komornika”.

Marnym pocieszeniem (ale jednak) jest fakt, że i w USA nie jest tak cukierkowo jak sugerowałoby Hollywood. Afery z nadużyciem władzy sięgają nawet Białego Domu. Tyle tylko, że póki co, tam częściej są ujawniane.

Szczecin, 30.10.2005; 01:50 LT