Nareszcie zrobiło się trochę chłodniej. Ostatnie dwa dni były bowiem nie do wytrzymania. Temperatura trzydziesci stopni, a może i więcej oraz bezchmurne niebo sprawiały, że blachy kadłuba i nadbudówki nagrzewały się niesamowicie fundując nam przymusową saunę przy braku klimatyzacji spowodowanej awarią.

W międzyczasie przemieściliśmy się z Belgii do Holandii. Był to bardzo pracowity postój. Zaopatrzenie, modyfikacje, analizy budżetu z księgowymi, nauka obsługi nowych programów wdrażanych pilotażowo, a wieczorem spotkania z licznie przybyłymi gośćmi.

Na nic poza słuzbowymi sprawami czasu juz nie było. Zdążyłem jedynie na rozejrzeć się bardzo wyrywkowo w internetowej ofercie wakacyjnej, by wybrać coś dla siebie i dzieciaków na krótki wypad kiedy wreszcie dostanę urlop. Prawie się zdecydowałem na niezbyt szaloną pod względem finansowym, ale atrakcyjną jeśli chodzi o kierunek wycieczkę.

Dziś rano zadzwoniłem do rodziców. Ostatnio telefonowałem przed trzema dniami, po przylocie do Belgii. Rozmawiałem wtedy z mamą, która narzekała na ból. Znaliśmy to już dobrze. Po każdej serii chemioterapii to samo.

- Niedobrze – głos taty w słuchawce był drżący i odmieniony.

Mama bardzo cierpiała po chemii. Nie mogła nic jeść i schudła przez ostatnie trzy tygodnie już ponad osiem kilogramów. Trzymała się jednak jakoś. Tym razem jednak po wizycie u lekarza pozostała w szpitalu. Następnego dnia zaś zasłabła i nie była w stanie prosuszać się więcej o własnych siłach. Tato poszedł po coś i po paru minutach znalazł ją leżącą na korytarzu. Krzykiem wezwał pielęgniarki. Dziś rano ponoć było trochę lepiej. Lekarze zdecydowali się przerwać chemioterapię i najpierw doprowadzić ją do w miarę normalnego stanu, a dopiero potem zadecydują co dalej.

W nocy odpływamy do Niemiec. W poniedziałek rano powinniśmy zacumować w Brake. Mam tam pozostać do końca tygodnia i po wypłynięciu statku wrócić do Polski. Mam też cichą nadzieję, że mama przechodzi tylko kolejny kryzys, jakich już wiele przez ostatnie lata doświadczała i że nie będę musiał pilnie wracać wcześniej. Na wczasy z dzieciakami chyba jednak już nie pojadę. Po prostu pobędziemy razem w Szczecinie. No chyba, że coś się odmieni i los da nam jeszcze trochę czasu.

* * *

Może da… Dzwoniłem przed chwilą znów i okazało się, że jest znaczna poprawa. Z łóżka wstawać jej nie wolno, ale miała siły by siedzeć i odzyskała władzę w nogach. Jest więc szansa, że i tym razem przemoże chorobę.

Vlissingen, 30.07.2005