Słońce swieciło pięknie, morze było gładkie jak stół i bez problemów zbliżaliśmy sie do Savannah. Na ostatniej w morzu porannej kawie zrobiiłem z kapitanem i chiefami spotkanie dotyczące t.zw. work listy, na którym omówiliśmy prace do wykonania podczas najbliższych tygodni.. Potem kapitan poszedł odbierać pocztę, a ja zamykałem kolejne raporty. Jeszcze tylko odpowiednie zapisy w dzienniku okrętowym i będę mógł pakować walizki.

- K…a!!! K…a! W p…e! – dzikie wrzaski z kapitańskiego biura, które muszę wykropkować, aby przeszły przez blogową cenzurę, oznajmiły nam nadejście jakiegoś intrygującego e-maila.

-  Słyszałem, ze cos przyszło. – zagadnąłem.

-  Do k… nędzy, ile można? No ile?

-  Co ile?

-  No, który to już raz? Jeden, dwa, trzy, …. siedem, osiem! Ósmy port amerykański w tej podróży! Po Savannah mamy jeszcze iść do Tampy!

Nie zdziwiła mnie zbytnio ta reakcja zważywszy na nękające wizyty smutnych panów z Coast Guardu sprawdzających każdy detal statku. To tak jakby przy każdym postoju podczas podróży samochodem pojawiała się policja i robiła przegląd techniczny. Po chwili dotarły jednak do mnie implikacje owej wiadomości dotyczące mnie bezposrednio.

- No to już nie muszę się pakować… Cały kwiecień z głowy!

Miałem bowiem wrócić do Polski, by po tygodniu w biurze 11 kwietnia polecieć do Vancouver. Ponieważ wszystko przedłuży się o kilka dni, powrót do kraju nie będzie miał sensu. Prawdopodobnie do Kanady polecę prosto z Tampy. Z kolei 19 kwietnia mam być na kolejnym statku w Port Canaveral więc tam polecę z Kanady bo również nie opłaca się wracać do Polski na trzy dni. Ponieważ z tym ostatnim statkiem mam znów odbyć podróż po kilku portach wschodniego wybrzeża USA, zleci mi do końca miesiąca jak nic. Zacząłem wertować kartki kalendarza. Długi, majowy weekend zagrożony bardzo poważnie. Będę mieć szczęście jesli zdążę wrócić na cały. Półtora miesiąca! A spakowałęm się na cztery dni, bo miał to być najkrótszy mój wyjazd. Ani jednej płyty nie wziąłem, dwie książki… Tej o silnikach nie liczę. Kurczę, jak skończę „Kod Leonarda da Vinci” pozostanie mi już tylko studiowanie zasad działania rozmaitych mechanizmów. Dostaję wysypki na samą myśl. Jak nie dostać gdy się jest nawigatorem z krwi i kości, którego meandry zawodowej kariery zmusiły do zagłębiania się w takie rozdziały jak „Okrętowe kotły parowe” , „Okrętowe filtry i wirówki”, albo „Niedomagania maszyn sprężających”. Czytam i dowiaduję się, że „w przypadku regulacji wyajności pompy wtryskowej tłokami obrotowymi efektywny skok tłoka zależy od długości pobocznicy znajdującej się w płaszczyźnie otworu przelewowego i może się zmieniać od wartości zerowej do wartości maksymalnej zależnie od kąta obrotu tłoka”. Tfu! Nie dam rady!

Savannah, 31.03.2005