Zaczyna się wieczór. Pociąg sunie leniwie wśród pokrytych gruba warstwą śniegu pagórków Przedgórza Sudeckiego. Udało mi się kupić bilet na sypialny więc siedzę w zamkniętym przedziale i piszę kolejny rozdział bloga.

 

Zdołowany jestem. Zawsze jestem, gdy wracam od dzieciaków, albo gdy one odjeżdżają ode mnie. Nastrój tym bardziej podły im fajniej było nam razem. I nie zmącił go nawet zły humor mojej eks, która przygotowała mielone do usmażenia, a my ich nie usmażyliśmy, tylko poszliśmy na pizzę. Ba! Tylko dlaczego nie powiedziała mi o tym wcześniej? Ponoć mówiła dzieciom, ale te przekazały mi rozmaite zalecenia, lecz nie te o mielonych. Tradycyjnie więc po jej powrocie z uczelni nastąpił wybuch pretensji i nie pomogło zapewnienie, że usmażymy je nastepnego dnia, dzięki czemu odpadnie problem niedzielnego obiadu. Nasłuchaliśmy się, że więcej przygotowywać nic nie będzie. Jak zwykle przy takich okazjach zaczęło sie też wyliczanie problemów z dziećmi (tradycyjne nieporozumienia w wieku dojrzewania) z niezbyt ukrywaną sugestią, że to ja je psuję, bo zamiast przeprowadzić wychowawczy wykład, to mi tylko w głowie same przyjemności: pizza, film, komputer i.t.d. W myśl tej teorii mój przyjazd powinien wiązać się wyłącznie z reprymendami. Najlepiej, jakbym jeszcze wymyslił jakąś karę na sobotę. Myslę, że dość, że w wypadku złego zachowania, albo gorszych stopni eks za karę nie pozwala im jechać do Szczecina. Własciwie, żeby oddać sprawiedliwość, muszę przyznać, ze na ogół kończy się na groźbach, ale przez nie tak na prawdę to nigdy nie wiemy kiedy się spotkamy.

Reprymendy! A czy nie liczą się normalne rozmowy? Ta sobotnia pizza to byl jeden z fajniejszych wypadów. Przegadaliśmy półtorej godziny niesamowicie intensywnie. Były opowiesci o szkole, i to nie byle jakie zdawkowe typu: „Co nowego? Wszystko w porządku”, lecz dłuższe, bo akurat im przyszła ochota na opowieści, a ja miałem czas na spokojne słuchanie i komentarze. A ile spieraliśmy się o Harrego Pottera! Dyskusja godna lekcji języka polskiego. I rozmowy o filmach, bo z czego jestem naprawdę dumny, to z faktu, że zaszczepiłem w nich zamiłowanie do X Muzy. Ileż wieczorów spędziliśmy na wspólnym oglądaniu ciekawych i wartosciowych filmów, jak n.p. „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, „Przerwana lekcja muzyki”, „Forrest Gump” czy nawet „Pianista”. Niemal każdy film da się obejrzeć z dziećmi pod warunkiem, że naprawde się go z nimi ogląda, a nie gapi w ekran zapominając o towarzystwie. Cieszę się, że potrafią juz same wybrać i poszły n.p. na „Upadek”, bo uznały, że w danym momencie Multikino nic ciekawszego nie proponowało. A przecież mogły wybrać jakiś tani filmik sensacyjny. I to wszystko sie nie liczy? Przyjeżdżam raz na kilka tygodni i powinienem w drzwiach rozpoczynać prostowanie?

Jednak nie zły humor ani narzekania tak mnie przygnębiły. Tęsknię za dzieciakami. Tęsknię za normalnymi wieczorami, za wspólnymi śniadaniami, spacerami, wyjściami do kina. Wspominam ostatnie wakacje i wieczory przeciagajace się do świtu, kapiele w morzu o północy, czytanie Apokalipsy Św. Jana (tato, przeczytaj jeszcze raz, prosiły) zamiast ogladania horroru, tworzenie kolaży z muszli, kamyków, drewienek i innego dobra wyrzuconego przez morze oraz pisanie dziennika podróży. Zawsze kiedy się rozstajemy, czuję, że bezpowrotnie tracę to wszystko ja i tracą one. Jedyne co mnie pociesza, to fakt, że powoli wchodzą w wiek, w którym towarzystwo rodziców przegrywa na starcie pod względem atrakcyjności z czasem spędzonym wśród rówieśników. I tak będą wolały jechać na wakacje z przyjaciółmi, albo iść z nimi do kina. Pozornie niewielka różnica – sam w tamtym domu czy też w tym. Tu przynajmniej cieszę się wolnością. Gdybym tylko miał pewność, że one nie mają do nas żalu, że wybaczą zwichrowane dzieciństwo…

Pożegnalismy się z nadzieją spotkania podczas ferii w lutym. Już nie mogę się doczekać ich przyjazdu do Szczecina.

 W pociągu Jelenia Góra – Gdynia, 30.01.2005