Młynarski

Odszedł kolejny z wielkich. Towarzyszył całemu memu życiu. Byłem jeszcze w wieku przedszkolnym, gdy ze starszym bratem i kuzynami śpiewaliśmy ukryci w lipcowym zbożu, że „jesteśmy na wczasach w tych kleczkowskich lasach…” Kleczkowskich, bo rzecz działa się u mojego dziadka, we wsi Kleczkowo. Tam spędzaliśmy wakacje.

Gdzieś w liceum, czyli w okresie, kiedy człowiek jest najmądrzejszy w całym swoim życiu, a świat nie dorasta mu do pięt, mama czasem nuciła mi mimochodem „człowiek jadł z okien kit, lecz zanucić mu było wstyd, że nie ma jak u mamy ciepły piec, cichy kąt…”

Od wielu lat nie słyszałem tej piosenki. Pojawiła się wspomnieniowo już po śmierci Wojciecha Młynarskiego. I chociaż jedzenie kitu już mi raczej nie grozi, to stanęły przed oczami tamte czasy, kiedy zziębnięty, przemoczony wracałem w niedzielne popołudnie z jakiegoś rajdu i zanim zdążyłem się przebrać, gwizdał czajnik, a na stole pojawiała się gorąca herbata, ciasto… Nikt już nie robi takiego sernika, jaki robiła moja mama.

Czas upływał i kolejna piosenka na dobre zagościła w moim życiu. Co tu dużo pisać, jestem w wieku, kiedy człowiek zaczyna sobie uświadamiać, że pewnych rzeczy już nie zdąży zrobić, innym fizycznie już nie podoła, do innych już nie wróci. Chociaż duchem wciąż młody „i myśli sobie Ikar, co nieraz już w dół runął, jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął”

Ścieżka, o której pisał w swojej piosence, doprowadziła Pana Wojciecha już do końca. Niech spoczywa w pokoju. Może gdzieś po tamtej stronie także da się tworzyć wiersze? Może popija niematerialne piwo z Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą? Kiedyś się dowiemy, ale póki co, jeszcze w zielone gramy.

W pociągu Gdańsk – Warszawa, 18.03.2017; 10:20 LT